Zacząć od nowa 1

przez , 04.sie.2016, w Zacząć od nowa

  Około rok później…
Uszy bolały od głośnych i niezidentyfikowanych dźwięków. Oczy widziały tylko oślepiający blask, który stopniowo przesłaniał szkarłat jakiejś substancji. Nagle reszta dźwięków ucichła, po kolei słyszałam krzyk, pisk opon, klakson, głuche mocne uderzenia, kolejny krzyk, przeraźliwy kwik… dźwięki wypadku. Czerwień znikła, zastąpił ją obraz asfaltowej drogi otoczonej przez gęsty las. Wkoło walały się resztki samochodów po lewej pod motorem leżał człowiek, po prawej na poboczu koń. Jacek… Argon… Nie żyją. Przede mną stała czarna bestia, olbrzymi pokryty bliznami jednooki wilk. Z otwartych ran ciekła ciurkiem krew. Z rozwartej paszczy wypływała krwista spieniona ciecz, a on odsłaniając zęby patrzył się prosto w moje oczy. Chciałam wrzeszczeć, uciekać ale sparaliżował mnie strach. On za to skoczył…
    Cała przepocona i mokra od łez obudziłam się targana spazmatycznymi dreszczami. Obrazy i dźwięki pochłonęły całkowicie mój umysł. Nie byłam zdolna do płaczu czy wydobycia z siebie choćby krzty jakiegokolwiek dźwięku. Siedziałam na łóżku i z trudnością łapiąc każdy oddech wbijałam osłupiały wzrok w kołdrę. Ból powrócił, przebił płótno z obojętności którym go pokryłam i mszcząc się na mnie nękał niemiłosiernie każdą nawet najmniejszą cząstkę mnie. Wiedział że jeszcze chwila a będzie miał całą masę impulsów pobudzających go do działania. Ból po stracie sensu swej egzystencji, utracie jakiejkolwiek pozytywnej wizji przyszłości to najgorszy rodzaj smutku i strachu jaki może cię nękać. Żyjesz tylko dlatego, że koś tego od ciebie wymaga albo dlatego, że nie wiesz co ze sobą zrobić. Kiedyś uważałam że samobójcy to głupcy, desperaci którzy nie potrafią uszanować tego że żyją. Teraz jednocześnie im zazdroszczę i podziwiam ich, mieć zarazem w sobie aż tyle głupoty i odwagi by odebrać sobie życie to według mnie coś wartego chociaż odrobiny szacunku, bo wiem że ja nigdy nie będę do tego zdolna. Nawet choćbym chciała się zagłodzić czy uschnąć w jednym miejscu inni by mi nie pozwolili. Najwyraźniej moje życie nie należy tylko do mnie.
     Mając dość beznamiętnych myśli miałam zamiar spojrzeć na źródło jakichkolwiek uczuć, jednak do moich uszu dobiegł dźwięk Blanki potykającej się o coś w swoim pokoju. Był środek nocy więc istniało niewiele powodów pośpiechu mojej siostry. Od mojego obudzenia minęła zaledwie chwila więc, aby się upewnić spojrzałam na Lenę. Leżała w kącie na swoim posłaniu i bacznie mi się przyglądała w gotowości gdyby była potrzebna. Była całkowicie rozbudzona. Mając pewność chciałam doprowadzić się do jak najlepszego stanu ocierając łzy i usadawiając się lepiej na łóżku ale gdy się ruszyłam moją uwagę przykuło coś kolorowego na ścianie. Gdy zwróciłam na to swój wzrok natychmiast tego pożałowałam. Widziałam wszystkich których kochałam, tych co straciłam lub skrzywdziłam. Ich już tu ze mną nie ma. Nici z powagi, uczucia wzięły w końcu górę i straciłam nad sobą kontrolę. Z oczu ciurkiem popłynęły łzy jeszcze zanim z gardła wydobył się szloch. Rozpacz pociągała teraz sznurki. 
     Blanka nagle wpadła do pokoju i z przestrachem rozglądała się po jego wnętrzu. Spojrzawszy na mnie jej wyraz twarzy zmienił się i uśmiechnęła się pokrzepiająco. Jednak kątem oka spojrzała na ścianę naprzeciw łóżka i dojrzawszy na podłodze prześcieradło na jej twarzy pojawił się grymas.
-Cholera, to znowu zsunęło się z tego obrazu.- podniosła biały materiał i na nowo szczelnie okryła nim obraz, siadając na łóżku podała mi chusteczkę- Nie wiem dlaczego po prostu go nie zdejmiesz. Skoro tak na ciebie działa…
- To nie przez niego…- przerwałam jej- ja… mam koszmary… one znowu…- Blanka westchnęła i objęła mnie ramieniem.
-Przecież wiesz, że robimy to dla twojego dobra. Ja też tam zamieszkam za dwa tygodnie.
-Ale ja już próbowałam! To nic nie daje, jest tylko gorzej… Straciłam…
-Nie możesz przez całe życie tego unikać, za bardzo kochałaś konie pozatym masz niesamowity talent…
- I całkowity brak wyboru Blanka, nazywajmy rzeczy po imieniu i nie bawmy się w te ładne słówka! Jeśli chodzi o to nie mam wyboru, bo tego ode mnie teraz wymagają.- mówiąc to patrzyłam siostrze prosto w oczy. Spuszczając wzrok dodałam cicho – Dlaczego on mi to zrobił?-Blanka uśmiechnęła się ciepło i dała znak Lenie a ta zaraz zerwała się i wskoczyła na łóżko rozkładając się wzdłuż mnie. Pogłaskałam jej miękki łepek.
- Ponieważ to ty się do tego najlepiej nadajesz.
-Ja?! Nie tylko ja w rodzinie mam dar jeździecki. Praktycznie każdy jeździł zanim jeszcze poszedł do przedszkola. Przecież ty też jesteś niesamowita, spójrz chociażby na to co wyprawiacie z Furią? Poza tym są jeszcze Maciek z Bartkiem, siostra Jacka mała Izabela, dodatkowo dzieci ciotki Magdy- Alec i Jane. Wujek zresztą może to prowadzić puki dzieciaki nie dorosną. Przecież jest w pełni sił nie musiał tego od razu przepisywać na Jacka i…
-Tala daj spokój. Wujek przepisał wszystko na Jacka ponieważ wiedział jak bardzo ten tego chce i że naprawdę się tym interesuje. A Jacek nie jest głupi wiedział dla kogo to wszystko powierza. W ogóle czy ty widziałaś jak radzę sobie z innymi końmi? Oprócz Furii jedynym czterokopytnym który mnie naprawdę toleruje jest Magik no i może Blue Jack. Nasi bracia nie interesują się tak końmi a Bartek nawet przecież jeszcze boi się tych większych. Nasze kuzynostwo siedzi razem z ciotką za granicą i teraz prawdopodobnie startuje do najlepszych uniwersytetów w Anglii lub gdzieś w Ameryce. Izabella kocha kucyki ale to mała dama. Jacek wiedział doskonale na kogo przepisuje majątek naszej rodziny, przecież nikt tak ciebie nie znał jak on…
-Właśnie, znał, to było kiedyś. Teraz to wszystko się zmieniło. Lilii już od nas odeszła, nie ma ani Jacka, ani Argona. Jedynie on by się do tego nadawał…
-Może i tak ale jak sama powiedziałaś jego już tu nie ma. Tylko ty pozostałaś jako jedyna odpowiednia do tej roli. Pamiętasz jak nie umiałaś jeszcze sama ustać na nogach a już wdrapałaś się na Old Dzeka. Pamiętasz go?
-Tak to ojciec Blue Jacka, a o tamtym nie dajecie mi zapomnieć.
- Niespełna roczne dziecko wdrapało się na dorosłego dwumetrowego Shira. Do dziś nikt nie wie jak ty to wtedy zrobiłaś, ale od tamtej pory nie można było cię w ogóle odciągnąć od koni. Niczym magik znikałaś z oczu w przeciągu kilku sekund i już po chwili siedziałaś na grzbiecie jednego z koni lub śmiejąc się latałaś pomiędzy ich nogami. Nigdy nawet żaden koń nie pomyślał żeby się wtedy spłoszyć czy chociażby ruszyć gdy ty byłaś przy nich. Nawet Jacek tak wcześnie nie zainteresował się końmi. Zrozum że to ty się do tego najlepiej nadajesz. Musisz tylko do nas wrócić.- Uśmiechnęła się ciepło a ja oparłam głowę o jej ramię.- Idź już spać. Wyjeżdżamy jutro przed południem, z samego rana przyniosę ci walizki.- Odsunęła się i okryła mnie kołdrą a Lena wtuliła się we mnie jeszcze mocniej. Głaskałam ją po puszystym ciemnym łepku, a gdy się przysunęła objęłam ją.- Dobranoc- powiedziała moja siostra po czym wstała i wyszła. Ułożyłam głowę wygodniej na poduszce. ~Tamta ja… Ona już nie wróci, tamta była przecież szczęśliwa. Pomyślałam i chwilę później już spałam.
 
    Przeraźliwy wrzask rozległ się w całym moim pokoju. Nagły głośny dźwięk nie dość, że mnie obudził to na domiar złego wystraszył na tyle, że mój tyłek zdążył już dobitnie przywitać się z podłogą mojego pokoju jeszcze zanim skończyłam krzyk zdziwienia. Lena z niesmakiem podniosła swój piękny łepek i powarkiwała na źródło hałasu gdy ja w wyjątkowo chaotyczny sposób próbowałam jednocześnie wstać z podłogi, wyplątać się z kołdry i wyłączyć znienawidzony przeze mnie budzik mojej siostry. Z pokoju obok już słyszałam śmiech Blanki. Gdy w końcu udało mi się wyłączyć ten szatański przedmiot odetchnęłam z ulgą i z zamiarem podejścia do szafy ruszyłam przed siebie by po jednym kroku znowu z głośnym impetem przyjść na spotkanie z moją ukochaną podłogą. Z nieskrywaną złością kopnęłam przedmiot, który przyczynił się do mojego aktualnego położenia i ze zdziwieniem zauważyłam że jest to jedna z około dziesięciu różnej wielkości walizek i toreb stojących na środku pokoju tuż obok mojego łóżka. Z westchnieniem podniosłam się i zgarniając po drodze ubrania weszłam do łazienki. Zrzuciłam z siebie piżamę i spojrzałam w lustro. Patrzyła na mnie z niego obca osoba. Chuda dziewczyna z cieniami pod oczyma, powyżej 1,60 metra z jasną cerą i długimi naprawdę jasnymi blond włosami sięgającymi jej do tyłka. Nieprzesadnie duże ciemno niebeskie oczy zakrywane przez wachlarz ciemnych i długich rzęs. Jej ciało niczym rzeźbione szkło pokryte skazami. Prawie nieskazitelna cera , lekko zarysowane mięśnie a mimo to wszędzie pełno blizn. Jedna, malutka i ledwie widoczna na brzuchu. Drobniutkie, już prawie zanikłe rozsiane po całych nogach z jedną większą o bladoniebieskim brzegu na wewnętrznej stronie prawego uda. I w końcu najgorsza, ta która sprawiała najwięcej bólu. Pod lewą piersią blizna o bladym zarysie końskiego oka z bladoniebieskim środkiem. Czuła się tak jakby przez to oko oni nadal poprzez nią patrzyli na świat. Czuła do siebie głęboki wstręt i odrazę, ale to przecież nie było wszystko. Na pewno na całym ciele miała jeszcze więcej drobnych blizn a do tego dwie równoległe pod łopatkami. Dłużej nie mogąc na siebie patrzeć zabrałam się za ogarnianie i wskoczyłam pod prysznic.
    Już ubrana w czarny t-shirt i podarte dżinsy z jeszcze wilgotnymi włosami zabrałam się za pakowanie wcześniej przygotowanych ubrań do największej walizki. Gdy już ją domknęłam zeszłam na dół na śniadanie. Wszyscy byli już w kuchni przy stole zajadając kanapki i pijąc poranną kawę, tylko Maciek z Bartkiem na werandzie bawili się plastikowymi mieczami. Salon był połączony z kuchnią więc rzucając okiem przez blat wiedziałam że przed chwilą oglądali jakąś bajkę zajadając płatki.
-Tala co się stało że byłaś dziś rano taka głośna?- zapytała Blanka z ironicznym uśmieszkiem. Z brzdękiem postawiłam przed nią na stole jej budzik.
- Ostatni raz widzę TO w moim pokoju- warknęłam.
- O znalazłaś go! Dziękuję jakaś ty kochana- siostra uśmiechnęła się do mnie z przesadną słodyczą i upiła łyk kawy.
- A i Blanka. Nie stawiaj więcej walizek tuż przy łóżku okej?- Rodzice z siostrą parsknęli śmiechem. Wzięłam ze stołu jedną z kanapek i nasypałam karmę do miski Leny. Ta jak na zawołanie zaraz zjawiła się u mojego boku i gdy tylko odstawiłam miskę zabrała się za pałaszowanie. Zaraz za nią z werandy przyleciała Afera i żebrzącym wzrokiem patrzyła to na Blankę to na swoją miskę.
- O nie kochana ty już dostałaś z samego rana swoją porcję.- rzuciła Blanka ledwie odrywając wzrok od swojego telefonu. Pozbierałam miski po chłopakach i także usiadłam przy stole zabierając po drodze kubek i dzbanek z gorącą herbatą.
-Spakowałaś się już?- mama spojrzała na mnie znad laptopa.
-Tylko ubrania, zostały mi jeszcze książki i itp.
- Pośpiesz się trochę bo chcemy wyjechać jak najwcześniej- dodał tata- jest już wpół do ósmej.
-Już? A o której chcesz jechać?- spytałam spokojnie przeżuwając kanapkę.
-Najlepiej abyśmy o dziesiątej już wyjechali.
-Kurczę…- zgarnęłam na mały talerzyk kilka kanapek i w pośpiechu dolałam do kubka herbatę aby ruszyć z tym dobytkiem na górę do mojego pokoju.
-Blanka jako rekompensatę za budzik oferujesz mi swoją pomoc w pakowaniu. Za dziesięć minut widzę cię w moim pokoju a jak nie to przysięgam że tym razem na pewno rozwalę to coś.- krzyknęłam przez ramię wchodząc na schody.
       Za dziesięć dziesiąta mój tata już krzyczał w otwartych drzwiach abym się pośpieszyła.
-To może byś mi pomógł..!- zabrał ode mnie dużą torbę, którą doniosłam do połowy schodów.
- Dużo jeszcze ci zostało?
-Nie, tylko gitara i moja torba ale to już zabiorę sama możesz odpalać samochód.
Wbiegłam do pokoju i szybko przerzuciłam torbę przez ramię. Zanim zgarnęłam gitarę rozejrzałam się jeszcze po już prawie pustym pokoju. ~Jeszcze tylko jedno~ Podeszłam do ściany naprzeciw łóżka i ostrożnie zdjęłam prześcieradło. Gdy spojrzałam na odkryty obraz coś zakuło mnie w sercu. Ja, Jacek, Blanka, Armin, Argon, Santiago, Sulin, Furia i Afera z siwą już Lili, do tego napis Nasze pierwsze zawody… Odwróciłam wzrok i schowałam do szafy złożone już prześcieradło. Złapałam pasek od pokrowca gitary i pobiegłam do samochodu.
      Mimo że droga do posiadłości nie trwała długo zasnęłam zaraz po wyruszeniu. Obudziła mnie dopiero Blanka gdy przejeżdżaliśmy przez bramę. Gdy tata parkował samochód tak aby jak najłatwiej i najszybciej wnieść bagaże do środka chłopaki już przymierzali się do otwarcia bocznych drzwi naszego minivana. Gdy oni już razem z Aferą i Leną wyskakiwali z samochodu wujek Luck, razem z ciotką Maryse i małą Bellą na przodzie , schodzili właśnie po szerokich schodach by nas przywitać.
-Maciek! Bartek!- krzyczała Izabela z rozwartymi ramionami i radosnym piskiem biegnąc aby się z nimi przywitać.
-Lucian bracie jak się masz?- spytał tata ściskając wujka.
-Jakoś leci. Prawie skończyliśmy już te prace remontowe, na całe szczęście zresztą. A jak u was? Zatęskniliście za starymi śmieciami?- wujek popatrzył po nas z radosnym uśmiechem. Ze zdziwieniem popatrzyłam na budynek. Jaki remont? O czym oni mówią?
-Jak zwykle- tata uśmiechnął się szelmowsko- gdybym nie zatęsknił za twoją uśmiechniętą gębą to bym tutaj nie przyjeżdżał co nie?
-Tamaraaaa!!!- dziewczęcy radosny krzyk odwrócił uwagę całej wesoło witającej się rodziny,oczywiście byłam jedyną ,która witała się tylko uprzejmym uściskiem bez okazywania większych emocji, ale ten piskliwy głośnik małej rozchichotanej dziewczynki wywołał przyjemne uczucie radości w moim odrętwiałym ciele.
-Izabel!- rozłożyłam ręce a mała dziewczynka wpadła prosto w moje ramiona zarzucając mi swoje wątłe ramionka na barki i ścisło oplatając je wokół mojej szyi. Wszyscy patrzyli na nas z radością malującą się w oczach z ciepłymi , pełnymi miłości uśmiechami na twarzach. Gdy mała przestała już wiercić się w moich ramionach spojrzała mi się prosto w oczy i z powagą wymalowaną na twarzy zadała pytanie, które najwyraźniej dręczyło ją od dłuższego czasu.
-Będziesz u nas mieszkać, tak? Będziesz ze mną całe wakacje i dłużej??- mała z powagą wyczekiwała odpowiedzi na pytanie a ze mnie uciekł cały dobry nastrój. Mimo to nadal się lekko uśmiechałam odpowiadając Izabeli.
- Tak będę z tobą teraz mieszkać urwisie.- przytuliłam ją do siebie a ona piszcząc radośnie zaczęła skutecznie mnie dusić.
- No to może zaniesiemy bagaże do twojego nowego pokoju zanim pojawi się twoja współlokatorka?  W lewym skrzydle jest jeszcze mało osób ale zgłosiło się ich sporo, większość zjawi się dopiero przed początkiem roku szkolnego, ale…
-Jak to współlokatorka? Jacy mieszkańcy o co tu chodzi?!- Wujek spojrzał ze zdziwieniem na mnie a potem na mojego tatę.
-Nie powiedziałeś jej?
-Przepraszam jakoś tak nie było okazji- Tata próbował ukryć zmieszanie- Sorry Luke.- Wujek wziął głęboki oddech i zwrócił się do mnie.
- Dogadaliśmy się ze szkołą że udostępnimy część pokoi jako bursę dla uczniów, ponieważ w starej nie ma miejsca dla tylu uczniów, którzy zjeżdżają się tu z dość daleka. Dostaliśmy pieniądze i wyremontowaliśmy większość pokoi  w prawym i lewym skrzydle domu na parterze i piętrze. Starą ogromną kuchnię i salon restauracyjny przekształciliśmy w stołówkę, a to wielkie pomieszczenie konferencyjne na piętrze w świetlicę. W ten sposób szkoła ma miejsce na przyjęcie nowych uczniów a my pieniądze i dobry powód na zagospodarowanie nieużywanych części tego wielkiego budynku nie robiąc z niego przy okazji atrakcji turystycznej.
- Ale dlaczego… Po co w ogóle mam mieszkać ze współlokatorką?! Nie mogę mieszkać z wami?
- To przeze mnie-Tata uniósł rękę abym zwróciła na niego uwagę- Chcę byś w końcu poznała normalnych znajomych a nie takich z którymi trzymałaś się przez ostatni rok. Mam dość problemów, których nam narobiłaś zadając się z nimi. Koniec z tym rozumiesz!
-Nie zmusisz mnie! Jeśli będę chciała mieć znajomych to sobie ich znajdę bez twojej pomocy! Nie wystarczy że mnie zmuszacie bym tu mieszkała, chodziła do tej cholernej szkoły!! To na domiar złego chcecie mi jeszcze wybierać towarzystwo!!?? Sama decyduję o swoim życiu.
-Ekhem… Przepraszam…
-CZEGO!!??… Och to pan. Przepraszam panie Antoni, niepotrzebnie się uniosłam na pana- Byłam szczerze zażenowana faktem, że odezwałam się w taki sposób do starszego pana, który był naszym konserwatorem.- Bardzo mi głupio z tego powodu.
- Już dobrze panienko, wiem że nie zrobiła tego panienka specjalnie- starzec uśmiechnął się do mnie ciepło- Czy mogę zabrać już panienki bagaże do środka? Kilkoro nowych mieszkańców chyba za bardzo zaczęło się interesować waszą rozmową. Radziłbym przenieść się do środka.- Westchnęłam zrezygnowana na widok postaci w oknach. Pan Antoni był jedyną dorosłą osobą przy której nie zamierzałam się kłócić.
-No to bierzemy bagaże- wujek ochoczo klasnął w dłonie- Tamara błagam cię powiedz że nie zabrałaś całego swojego pokoju ze sobą.
     Wszyscy chcąc zapomnieć o niedawnej scenie z uśmiechem podchodzili do samochodu aby pomóc w noszeniu bagaży. Pokonana ustałam najbliżej i gdy tylko tata otworzył bagażnik wzięłam najważniejsze dla mnie rzeczy. Mianowicie moją podręczną materiałową torbę na ramię, gitarę i torbę z cennymi rzeczami. Dzieciaki już pewnie przed moim wybuchem schowały się do pokoju Izabeli a mama z ciocią Maryse prawdopodobnie już przyrządzały coś w kuchni, więc pozostali spokojnie wzięli po jakimś bagażu i kierując się za wujkiem Luckiem ruszyliśmy w stronę mojego nowego  pokoju. Zrezygnowana zamykałam karawan prowadzący w moim mniemaniu do nowej celi więziennej.
       Gdy stanęłam w drzwiach moim oczom ukazał się duży pokój pełen ciemnych dębowych mebli. Wszystkie dobrane parzyście, brakowało tylko białej linii wyznaczonej kredą przez środek pokoju. Prawa część była widocznie przez kogoś zamieszkana, więc położyłam swoje torby na wolnym łóżku po lewej. Obejrzałam dokładnie moje nowe więzienie. Ciemna drewniana gładka podłoga, ściany w kolorze jasnoszarym i grafitowym, dwa duże i wysokie okna, obok których stały dwa potężne biurka. Łóżka stały przy ścianach w pewnej odległości od biurek, dzieliły je jeszcze tylko szafki nocne. W nogach łóżka stały kufry, dalej pod ścianami była duża szafa na ubrania z lustrem i komoda. Dodatkowo nad biurkami wisiały półki, a obok łóżek leżały miękkie dywany. Po prawej widniały jeszcze jedne drzwi prawdopodobnie prowadzące do łazienki. 
-I jak ci się podoba pokój?- spytał wujek gdy wszyscy postawili już moje torby przy łóżku. Spojrzałam krzywo na niego.
-Jest prosty i schludny, można go uznać za piękny co nie?
-A gdzie się podział cały twój zapał?- Wujek spojrzał na mnie z udawanym zaskoczeniem.
-Przepadł z kretesem dawno temu. Gdzie jest moja współlokatorka?- rozejrzałam się po pokoju. Wszystko było tak schludne i uporządkowane, że wyglądało jakby właściciel w ogóle z tego nie korzystał. Książki równo ułożone według wielkości na półce nad biurkiem. Na szafkach nie widać było nic prócz lampki nocnej, zegarka i kilku porcelanowych figurek. Kapcie pod łóżkiem były równo ułożone, mogłabym się założyć że w szafkach i szufladach wszystko jest tak samo idealnie ułożone.
-Pewnie jest na zewnątrz pomaga przy koniach albo ma właśnie lekcję jazdy. Większość osób, które tu mieszkają trzymają też tu swoje zwierzęta lub korzystają z naszej stadniny tak jak panienka Moore. Jest tu od tygodnia ale na prawdę jest bardzo pomocna. Wcześniej nie mogła aż tak często przebywać z końmi więc to miejsce wyraźnie jej się podoba.- Wzdrygnęłam się na słowa o koniach. To jakiś żart? Nie mogli mnie przenieść do kogoś innego?
-Spodoba się pani panienka Moore- uśmiechnął się cieple pan Antoni- jest bardzo miła. Westchnęłam.
-Może i racja. Czy mogę mieć chwilę by się rozpakować?
-Jasne mała- wujek uśmiechnął się i obrócił do drzwi- Jak coś to szukaj nas w mieszkaniu lub salonie na piętrze przy bibliotece.
     Gdy tylko wyszli rzuciłam się na łóżko. Wszystko tu przywoływało wspomnienia. Tyle lat spędzonych na zwiedzaniu tej wielkiej posiadłości, po wydarzeniach z zeszłego roku sprawiało mi tylko ból. Każde jedne wspomnienie, głupi zapach tego domu powoduje że chcę znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. Rodzice jednak nie pozostawili mi wyboru, jasno wyrazili się że nie będą tolerować już moich „występków” ze starymi znajomymi. Uśmiechnęłam się na myśl o tym jak razem z Julką, Maćkiem i Radkiem niejednokrotnie uciekaliśmy z domu. Raz rodzice złapali nas na lotnisku jak razem ze starszym bratem Maćka próbowaliśmy wyjechać do Anglii. Przyznam że nie byli to ludzie godni naśladowania czy chociażby przyjaźnie nastawieni do świata. Nasza grupa liczyła na całą szkołę może z 20 osób z różnych klas, a ja dołączyłam do nich na stałe dopiero w 3 klasie. Zbiorowisko metali, emo, ćpunów, niedoszłych samobójców i tym podobnych wyrzutków społecznych naszej szkoły. Spotykaliśmy się razem z czystej potrzeby porozmawiania z ludźmi, którzy nie będą cię osądzać za twoje problemy. Nikt nikogo nie namawiał do złego, żadne z nas nie było agresywne chociaż za takich nas uważano. Uciekałam z niektórymi z domu nie dlatego, że mnie do tego namawiali, ale dlatego że tego pragnęłam. Pragnęłam uciec od wspomnień. Pragnęłam uwolnić się od codziennych koszmarów. Pragnęłam, aby nie zmuszano mnie do powrotów do przeszłości. Chciałam uciec od ciągłych wymagań co do mojej osoby. Gdy ukończę 18 lat zostanę pełnoprawną właścicielką miejsca, w którym aktualnie się znajduję jednak chodzi tu głównie o stadninę. Miejsce, które teraz sprawia mi najwięcej bólu jest w pewnym sensie moją własnością. Problem tkwi w tym, że nie chcę nawet myśleć o tym miejscu. Boli mnie, że mimo iż moi najbliżsi wiedzą jakie uczucia żywię do tego miejsca i że chciałabym znaleźć się jak najdalej od niego to i tak zmuszają mnie bym tu przebywała. Nie, jednak przebywanie tu to za mało powiedziane na ich wymagania, oni pragną bym znów pokochała to miejsce. Mój kuzyn tuż przed śmiercią w szpitalu przepisał wszystko to na mnie, mimo że wujek przepisał to na niego niecałe pół roku przed wypadkiem. Zanim zmarł wiedział o tym tylko jego ( i mój) najlepszy przyjaciel, który potem przez ten wypadek wylądował w szkole mundurowej w Anglii. Jego ojciec stwierdził wtedy, że to już jest za wiele. Doszedł do tego samego, co mój tata teraz, tylko że ja wolałabym jakieś milion razy wylądować w szkole wojskowej na innym kontynencie niż musieć siedzieć TU- w centrum największego bólu mego marnego żywota. Westchnęłam, muszę w końcu zakończyć rozważania i wziąć się za rozpakowywanie. Z ociąganiem wstałam z łóżka, następnie nałożyłam na nie moje prześcieradło i położyłam kołdrę i poduszkę. Całość przykryłam kocem, na wierzch rzuciłam dwie mniejsze poduszki i niewielkiego pluszaka pandę. Koce, które zostały w  walizce przełożyłam do kufra gdzie zauważyłam kilka niezidentyfikowanych rzeczy. Z przerażeniem zauważyłam że to są akcesoria jeździeckie i jak najszybciej zamknęłam kufer. Z ociąganiem podeszłam do szafy, serce waliło mi jak oszalałe. Tak jak myślałam gdy ją otworzyłam ujrzałam kilka kompletnych zestawów do jazdy konnej, dodatkowo buty i mundurki szkolne. Drżącą ręką sprawdziłam rozmiar na mundurku.
- Mój rozmiar…- mruknęłam pod nosem.
- A co myślałaś że uszyli to dla jakiejś szmacianej laleczki?- Uskoczyłam z krzykiem do tyłu szukając źródła głosu. Dziewczynę stojącą w drzwiach zauważyłam dopiero gdy moje nogi podcinała największa walizka stojąca na podłodze. Lądując na moim i tak już obolałym tyłku mignął mi strach malujący się na jej twarzy. Szybko do mnie podbiegła.- O Boże nic ci się nie stało? Jesteś cała?
-Echh.. Auć.. Nie to i tak nic w porównaniu z tym co mnie spotkało rano.- Pomogła mi wstać na co blado się do niej uśmiechnęłam gdy pocierałam swoją obolałą tylną część ciała- Najwyraźniej te walizki mnie nienawidzą.
-Myślałam że na prawdę coś ci się stało. Tak w ogóle to jestem Rachel Moore twoja współlokatorka.-  wyciągnęła do mnie rękę posyłając mi promienny uśmiech. Wyglądała na miłą, więc postanowiłam też być uprzejmą i miłą głównie dlatego że raczej skończę z nią w jednym pokoju aż do momentu gdy wygram z rodzicami. Przyjrzałam się jej twarzy. Miała radosny wyraz, ciemną oliwkową cerę i ładne brązowe, lekko falowane włosy sięgające połowy ramion. Średniej wielkości migdałowe oczy szarego koloru przeplatane były pajęczyną w odcieniach szaroniebieskim i białym. Chuda twarz w kształcie serca ładnie dopełniała się z zgrabnym ciałem. Była wysoka, coś pewnie ponad 1,75 metra, dodatkowo miała długie ładne nogi.
-Tamara Delarosa- uśmiechnęłam się nieśmiało.
-Delarosa? Głupio pytać ale jesteś spokrewniona z właścicielami?
-Tak, mój tata i Lucian Delarosa to bracia- pokiwałam nieznacznie głową. Oczy Rachel szeroko się otworzyły.
-Na prawdę?! Skoro tak to czemu nie mieszkasz z nimi tylko w części dla uczniów? Przecież ten dom jest jak pałac!
- Hehe długa historia. Opowiem ci może kiedyś przy okazji. A teraz mogłabyś mi wytłumaczyć o co chodzi z tymi mundurkami i w ogóle? Wiesz nie za bardzo interesowałam się szkołą którą narzucili mi rodzice.- uśmiechnęłam się przepraszająco.
-A okej. Po to szkole były nasze wymiary. Obowiązuje tu nakaz noszenia mundurków i ubrań z jej logo. W zależności od kierunków jakie wybieramy dostajemy zestawy ubrań. Chyba wiesz że Akademia Aiden ma innowacyjne metody nauczania. Jest czymś w rodzaju projektu czy eksperymentu, jakby lepszą wersją technikum. Wybieramy przedmioty na poziomie klas liceum, które będziemy realizować na poziomie rozszerzonym. Ja na przykład wybrałam główne dwa przedmioty jako matematykę i chemię. Uczniowie chętni uzyskać jakiś dodatkowy zawód czy umiejętności wybierają dodatkowe rozszerzenie. Ja wybrałam chyba wszystko co związane z jeździectwem i hodowlą koni, dlatego dostałam także strój i akcesoria jeździeckie. Na mundurku obok herbu masz przyszyte znaczki symbolizujące do jakich zajęć należysz. Szkoła organizuje zajęcia dodatkowe także w czasie wakacji, taką szkołę letnią i zajęcia przygotowawcze, które skierowane są do nowicjuszy jako wprowadzenie do wymagającego programu szkoły. Lekcje odnośnie jeździectwa, z tego co wiem prowadzi twoja rodzina tu w stadninie. Coś się stało bo strasznie pobladłaś?- Spojrzała zaniepokojona na moją twarz. Przełknęłam ślinę trochę za  głośno.
-Mam prośbę. Czy mogłabyś sprawdzić do jakich klas należę?
-Jasne- wzruszyła ramionami i ochoczo podeszła do mojej otwartej szafy – Hmmm… Przedmioty rozszerzone to biologia i chemia, a dodatkowe to jeździectwo i hodowla koni oraz weterynaria! Będziemy miały razem część zajęć!- odwróciła się radośnie klaszcząc w dłonie, ale nagle wyraz jej twarzy zmienił się- Na pewno wszystko okej? Bo wyglądasz jeszcze gorzej.- Zamknęłam oczy.
-Muszę tylko na chwilę usiąść- poinformowałam moją współlokatorkę i uwaliłam się na swoje łóżko zasłaniając oczy.
-Poczekaj tu chwilę. Przyniosę ci trochę wody.- Odparła i usłyszałam jak zamykają się za nią drzwi do pokoju. Niemożliwe że mi to zrobili. Jak mogli! Przecież wiedzą że nie potrafię. Wiedzą, że mimo że chciałam się przełamać nie daję rady. Jest tylko gorzej. Nie minęła chwila a moja nowa znajoma już była przy mnie ze szklaną wody. Podniosłam się do pozycji siedzącej i z uśmiechem podziękowałam za pomoc. Rachel była na prawdę bardzo uczynna. Antoni chyba miał rację, najwyraźniej mogę ją polubić. Brałam łyk wody gdy dotarł do mnie ten zapach. Zdziwiona spojrzałam na okna ale były zamknięte i wtedy mój wzrok pierwszy raz padł na ubranie Rachel. Miała no sobie niebieski T-shirt, bryczesy i oficerki. Była cała w kurzu i sierści. Czując od niej ten zapach moje ciało przebiegły dreszcze, smutek igrał we mnie razem ze strachem. Nie wiedziałam że płaczę puki Rachel nie zawróciła na to uwagi.
- Ty płaczesz? Co jest może kogoś zawołam?- była widocznie zakłopotana.
-N..n.nicc… Tylko..- nie wiedziałam że głos aż tak mi się łamie, wzięłam głęboki oddech- to przez twój zapach.
- Mój zapach?- była widocznie zdziwiona.
-Pachniesz końmi- z moich ust wyrwało się sarkastyczne parsknięcie jakby zbierało mi się na śmiech- nie wiedziałam że jest ze mną już aż tak źle- uśmiechnęłam się do niej przepraszająco.- Pewnie czujesz się przez to niezręcznie i chcesz wyjaśnień.
- No pewnie że przydałyby się wyjaśnienia ale wiesz, jak nie chcesz to do niczego cię nie zmuszam. Mimo to dodam że jest trochę dziwne że płaczesz czując zapach koni.
- Czytałaś trochę o tej stadninie? O jej osiągnięciach sportowych, wybitnych koniach z ostatnich lat?
- Tak trochę, dlaczego pytasz?
- Pamiętasz co się stało ostatnio z jednym z koni?
-Chodzi ci o ten wypadek? Czytałam, że jakoś rok temu jeden koni z jeźdźcem wyskoczyli na poboczną drogę prosto pod małą ciężarówkę. Koń nie przeżył, ale dziewczyna trafiła w ciężkim stanie do szpitala. Podobno goniły ich jakieś wilki a dziewczyna jechała na koniu ze szczeniakiem na rękach. Ten koń, mogę się mylić ale chyba nazywał się Argon, czytałam że miał duże osiągnięcia sportowe, był bardzo zdolny a ze swoim jeźdźcem na grzbiecie wyczyniali cuda. Wszyscy przyjaciele tej stadniny strasznie przeżywali tą stratę i razem zebrali się na pogrzebie rumaka. Podobno gdzieś na pastwiskach jest tabliczka w miejscu, gdzie go pochowali. Na jego pogrzebie, mimo protestów lekarzy zjawiła się na wózku ta osoba co go dosiadała. Od tamtej pory nikt jej nie widział w świecie jeździeckim. Ale co to ma z tym wspólnego?- Nie odrywając oczu od podłogi podciągnęłam kolana od brodę i objęłam je rękami, aż miałam odwagę spojrzeć Rachel w oczy.
-Tym jeźdźcem byłam ja- dziewczyna rozszerzyła szeroko oczy kręcąc głową- To ja byłam właścicielką Argona.
-Nie wierzę- kręciła głową Rachel przybierając poważny wyraz twarzy- Dziewczyna nazywała się Lena. Poza tym na zdjęciu była dużo mniejsza od ciebie.- Westchnęłam i podniosłam koszulkę aż do linii stanika ukazując blizny przy tym tą najbardziej bolesną.
-Nazywam się Tamara Lena Delarosa, drugiego imienia używałam w czasie zawodów. Zdjęcie, które widziałaś w artykule było sprzed dwóch lat pewnie z któryś z zawodów. Blizny, które widzisz są po wypadku którego nie powinnam przeżyć. Zapuściłam się w szeregi zakazanej puszczy i zgubiłam się, dodatkowo ścigały nas kombinowane dzikie psy, jakieś wybryki natury. Nie pomyślałam o tym, że źródłem światła i dźwięków jest nadjeżdżający samochód. Gdy naprowadzałam Argona na stary drewniany płot odgradzający las od drogi myślałam tylko o tym, że znalazłam drogę do cywilizacji po ponad 30 godzinach spędzonych w lesie. Zanim ja zorientowałam się co się dzieje, gdy tylko nogi Argona dotknęły ziemi zrzucił mnie z siebie razem z szczeniakiem, którego wtedy zabrałam ze sobą na przejażdżkę. On sam za to stanął dęba nade mną zasłaniając mnie przed samochodem. Straciłam przytomność a gdy się ocknęłam byłam na środku ulicy cała mokra od krwi i substancji wyciekłych z samochodu, pod kołami zdezelowanej ciężarówki leżał dogorywający wilk, który nas wcześniej gonił, szczeniak leżał na poboczu. Gdy tylko zobaczyłam na poboczu mojego konia nie patrząc na nic poczołgałam się do niego. Czułam się jakby wyrwano mi serce z piersi gdy zobaczyłam wielki kawał szkła wystający z jego boku. Siedziałam z nim, aż wydał ostatnie tchnienie i znowu straciłam przytomność. Ta duża niebieska blizna pod piersiami to skutek kawałka szkła, który wbił się pod skórę. Ma taki kolor, ponieważ substancje które wylały się z ciężarówki to tusze dla salonu tatuażu w mieście. Oczywiście były tam jeszcze inne rzeczy ale już wiesz co zafarbowało mi blizny. 
-Jezu to musiało być straszne…
-Sorka, że ci to mówię.- Odgarnęłam włosy z twarzy, byłam zażenowana- znam cię może od niecałej godziny a już opowiadam ci jakieś straszne historie z mego życia.
-Nic nie szkodzi, w końcu i tak kiedyś bym pewnie się tego dowiedziała w końcu mamy ze sobą mieszkać- uśmiechnęła się lekko.-Ale powiedz mi o co chodzi z tym jak reagujesz teraz na zapach koni?
-Nie tylko na zapach ale na nie i to co z nimi związane. Wszystko co z nimi związane sprawia mi ból. Przed tą tragedią z Argonem w wypadku na motorze zmarł mój kuzyn, z którym byłam bardzo blisko. Kochał konie i to miejsce, zawsze mnie wspierał. Po jego śmierci pomógł mi się pozbierać Argon, to na nim skupiłam swoje myśli, a gdy i jego zabrakło to wszystko zadaje mi ból. Na początku jeszcze nie było tak źle, po wypadku jeszcze jakoś zbliżałam się do koni ale byłam strasznie lękliwa i niestabilna. Potem było coraz gorzej. Próbowałam kilka razy wrócić do tego, przełamać się ale tylko pogarszałam sytuację, więc w końcu się poddałam. Moi rodzice jednak tego nie akceptowali i gdy swoim zachowaniem po prostu już przegięłam na przymus mnie tu wysłali. Chcą bym potrafiła zająć się tym miejscem. Moja siostra mówi, że odkąd Jacek zmarł tylko ja się do tego nadaję. Problem w tym, że teraz nawet nie potrafię zbliżyć się do konia.
-To jest okropne skoro tak jest nie powinni cię do tego zmuszać! Nie wiedziałaś nic o szkole? Nie wybierałaś kierunków czy nie wysyłałaś papierów?
-Wszystko za mnie zrobili rodzice, jedyne co ze mną skonsultowali to biologię i chemię. Nic nie wiedziałam o tej szkole mimo, że tyle lat przebywałam w jej sąsiedztwie. Myślałam, że to szkoła dla jakiś wybitnych uczniów. Wiem że ja mam w niej gwarantowane miejsce przez moje nazwisko. Resztę co wiem to dopowiedziałaś mi ty przed chwilą.
- Straszne…- podskoczyłyśmy na dźwięk drapania o drzwi. Uśmiechnęłam się pod nosem i podeszłam do drzwi.
-Nie masz nic przeciwko psom?- uśmiechnęłam się lekko gdy Rachel pokiwała głową i wpuściłam Lenę do środka.
- O Boże jaki słodki!!! Twój?- Lena merdając ogonem z radością poddawała się pieszczotom mojej współlokatorki.
- Tak to jest Lena, druga ocalała żywa istota z tego wypadku.
-Naprawdę?- pokiwałam głową- Biedna psinka ale ty jesteś zdecydowanie weselsza od swojej pani com?- dodała z uśmiechem  gdy Lena radośnie wiercąc się podbiegła do mnie.- Czemu ma tak samo na imię jak ty?
-Gdy ją dostałam miała tak na imię, reagowała na nie więc go nie zmienialiśmy. W sumie to znalazłam ją przed boksem Argona parę miesięcy po tym jak zdechła nasza stara  suka husky Lily. Leżała w koszyku z listem i dokumentami, ale nie znaleźliśmy tam nic o jej poprzednich właścicielach ani kto ją podrzucił.
-Super. To jak będzie z nami mieszkać?
- A może?- zdziwiłam się.
-Jasne to jest jedna z największych zalet mieszkania w tej bursie że można zabrać ze sobą zwierzaki. Chociaż nie wiem czy to najlepszy pomysł bo słyszałam że jeden chłopak ma ze sobą pająka!
-No to Lena zostaje. Teraz w życiu nie pozwolę by mi ją zabrali.-Uśmiechnęłam się i poczochrałam rozłożoną na dywanie psinę. Rachel uśmiechnęła się promiennie. -Okej możemy dalej gadać podczas gdy będę się rozpakowywała?- Gdy kiwnęła głową zabrałam się za wykładanie rzeczy z walizek. Dowiedziałam się że moja współlokatorka mieszka w Warszawie, jej rodzice mają domek nad morzem i w Wielkiej Brytanii. Jej ojciec jest właścicielem jakiejś dużej firmy a mama jest prawnikiem. Podobno oboje uczyli się wcześniej w Akademii Aiden jeszcze gdy była podzielona na technikum i liceum. Ma młodszego brata i wyznała mi że uwielbia czytać książki. Podobno przeczytała już tyle książek z różnych dziedzin, że zaczyna brakować jej nowych wyborów w ich domowej biblioteczce. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- A byłaś już w naszej bibliotece?
-Nie chociaż bardzo chciałabym, puki co wstęp dla mieszkańców jest zabroniony ponieważ jeszcze nie została do tego przystosowana. Słyszałam że biblioteka Delarosa ma jedne z najpiękniejszych zbiorów.
- To jest chyba najpiękniejsze miejsce w tym domu kiedy cię tam zaprowadzę.
- Naprawdę?- spojrzała na mnie z niedowierzaniem a gdy kiwnęłam głową rzuciła mi się z radością na szyję- Och dziękuję!!!
- No już spokojnie to nic takiego- zrobiło mi się miło ale też trochę niezręcznie bo w sumie prawie jej nie znałam. Mimo to naprawdę ją polubiłam. Zauważyłam zegar wiszący na ścianie pomiędzy oknami.- On dobrze działa?- zwróciłam na niego uwagę Rachel.
-Tak co do sekundy a co?
- Kurde siedzę tu już trochę za długo muszę znaleźć rodziców. No to do zobaczenia później!- rzuciłam i pędem wybiegłam na korytarz.
 
   Nie wiem czy usprawiedliwianie się ma jakikolwiek sens skoro to już kolejna taka długa przerwa pomiędzy postami ale mimo to jest mi na prawdę wstyd chociaż nie wiem czy  ktokolwiek śledzi losy moich bohaterów czy kogokolwiek one zainteresowały. Powiem że z tym postem miałam na prawdę spore trudności. W roku szkolnym borykałam się z brakiem czasu a w czasie wolnym z brakiem weny i motywacji. Mimo wszystko mam nadzieję że ten post komuś się jednak spodoba razem z całym moim opowiadaniem. Mile widziane są uwagi co do mojej twórczości ( w tym wytykanie błędów bo z tym mimo korekcji nadal mam problem). Jeśli chcecie piszcie też co chcecie by pojawiło się na blogu. Niedługo może dodam tu też moje zdjęcia gdy tylko uda mi się je zgrać na laptopa.
~Angele
1 komentarz :, więcej...

Pożegnanie radości

przez , 30.sty.2016, w Zacząć od nowa

Rano wujek zabrał mnie ze szpitala swoim jeepem. Po wczorajszym śmiechu nie pozostał nawet cień, przez noc wyparowała ze mnie wszelka radość, brakowało powodów by ją wywołać. Zaraz mieliśmy wjechać na drogę gruntową prowadzącą do posiadłości. Jechaliśmy z wujkiem sami, wcześniej jedynie podrzuciliśmy Armina do domu jego mamy, musiał się przecież przebrać. Siedziałam sama na tylnym siedzeniu i maltretowałam bandaż owinięty wokół wenflonu. Nie, nie pozwolili mi go zdjąć. Nie, nie dali mi swobody. Co kilka godzin musiałam przyjmować kroplówki z silnymi lekami, poza tym kolejna nowina- poruszać się mogę tylko na wózku. Nowak uparł się na niego bo inaczej chodząc pozrywałabym szwy, przy tym zagroził że jak chociaż spróbuję to przypnie mnie do niego pasami. W sumie to byłam ciekawa czy zerwane szwy bolą bardziej niż te które założyli mi na piersi, ciągle czułam jak rwie mnie tam od środka mimo leków, które skutecznie tłumiły moją świadomość. Pewnie gdyby nie one nie ruszyłabym się nawet ze szpitala a szloch już rozrywałby mi gardło. Gdy skręcaliśmy widziałam wzrok wujka, współczucie biło z niego na niezliczone kilometry, przez całą drogę próbował jakoś nawiązać rozmowę ale nic z tego nie wyszło. Nie narażając się na konfrontację wbiłam wzrok w szybę i natychmiast tego pożałowałam. Z daleka widać było zarys szarych murów posiadłości. W miarę jak się zbliżaliśmy widziałam konie na pastwisku po lewej od stajni. Były to te których właściciele płacą za pensjonat, naszych koni nigdzie nie widziałam. Na tę myśl wbiłam się głębiej w fotel i uporczywie szukałam innego oparcia dla oczu. Spojrzałam w prawo na puste pastwisko, jedno z tych nielicznych, które Sulin znał na pamięć. Potem na ogród i na wysklepienie w murach na którym znajdował się obszerny taras na wysokości pierwszego piętra. Ostatecznie wbiłam spojrzenie w nieubłaganie zbliżającą się, szeroko otwartą metalową bramę. Mieściła się w łuku wykutym w murach w miejscu, gdzie kończył się dom a za chwilę zaczynała stajnia. Zanim ją minęliśmy musieliśmy wpierw minąć większość lewego skrzydła domu. Gdy przez nią przejeżdżaliśmy zastanawiałam się czy ktoś właśnie nad nami nie przechodzi by przypilnować ciężarnej Figury, lub czy ktoś nie siedzi właśnie na jednym z pomostów i nie obserwuje koni. Wujek wjechał na plac przed domem i zatrzymał samochód. Wysiadł by wyjąć wózek. Na całym podwórzu nie widziałam nikogo, ani jednej żywej duszy. Nawet ptaki gdzieś przepadły, mimo że ich śpiew prawie nigdy nie ustawał. Nie zauważyłam kiedy wujek otworzył drzwi, skapnęłam się dopiero gdy byłam już w gurze a potem moje ciało osunęło się na wózek. Wujek sprawdzał czy mam dobrze usadowione nogi, gdy o czymś sobie przypomniałam.
- Wujku gdzie jest Lena?- mój głos brzmiał słabo ale to nie przeszkodziło by go wystraszyć. Było to pierwsze wypowiedziane dziś przeze mnie zdanie i minęła chwila zanim wujek zrozumiał o co pytam.
- Nic jej nie jest, jest w bibliotece by nikt jej nie przeszkadzał. Pewnie nie chcesz wchodzić do domu, przynieść ci ją tutaj?- Potaknęłam, byłam wdzięczna wujkowi za to że jeśli chodzi o to, to dobrze mnie zna. Sam też nie lubił stykać się z ludźmi gdy miał zły humor. Na dodatek w tej chwili mimo bardzo wczesnej pory w domu roiło się od gości. Wujek pojawił się po zaledwie kilku minutach trzymając szczeniaka i koc.
-Pomyślałem że będzie wam chłodno w sumie jeszcze nawet mgła nie opadła.- okrył mnie kocem a szczeniaka ułożył na moich kolanach. Miała owiniętą całą prawą łapkę razem z barkiem i kilka prawie niewidocznych ranek. Podziękowałam wujkowi i zaczęłam głaskać sunię. Ta polizała mnie z radością po ręce i wygodniej się usadawiając poddała się pieszczotom. Przez dłuższą chwilę parzyłam jak jej ciemnoszare futerko poddaje się naciskowi mojej dłoni by potem znów powrócić do swojej spuszonej postaci. Gdy usłyszałam dźwięk zbliżającego się samochodu postanowiłam gdzieś ukryć się przed światem. Bez przemyślenia ruszyłam w stronę stajni. Miałam zamiar skryć się w śród jej murów w jej najstarszej i opustoszałej części. Jednak gdy tylko wjechałam do środka usłyszałam rżenie. Cała świta wyglądała przez drzwi boksów w moją stronę: Blue Jack, Lilite, Sulin a nawet Magik stojąc na tylnych nogach by lepiej widzieć. Łzy mi się zakręciły na ich widok. Podeszłam do wystraszonej Lilite i pogładziłam jej izabelowaty łeb przejeżdżając palcami po ledwie widocznej białej łysinie. Niepokoiło mnie to, że mimo iż przy niej zawsze już odruchowo byłam spokojna, teraz trzęsłam się jakbym miała Parkinsona. Nagle ktoś wszedł do stajni. Tak mnie wystraszył że nie tylko krzyknęłam ale także podskoczyłam na wózku pozwalając by każda najmniejsza ranka dała mocno o sobie znać. Skrzywiłam się. Zauważyłam że sama wystraszyłam dwóch facetów, którzy weszli do stajni. Starszy facet miał dość długą czarną brodę przeplataną siwizną, drugi był niewiele młodszy od niego był brunetem i nie miał aż tak zhardziałej twarzy jak ten drugi. Brodaty łypał na mnie groźnie, gdy się odezwał wszystkie włosy na ciele nastroszyły się jak kolce u jeża.
- Co ty tu robisz?! Nikogo tu nie powinno być gdy wniesiemy tu ciało więc wynoś mi się stąd.- Moja mina musiała mówić sama za siebie, byłam kompletnie zdziwiona tonem jakim on się do mnie zwraca. Co jak co ale przelał miarę.
-Wiesz kim jestem?
- Nie dziewczynko i mam to w nosie, nie powinno cię tu być.- Facet był zdecydowanie zbyt pewny siebie.
- Jestem Tamara Delarosa, bratanica Luciana Delarosa, właściciela całej tej posiadłości. A koń, którego ciało macie najwidoczniej tu przynieść należy do mnie i był chyba jedyną drogą mi duszą, która tu pozostała więc raczej mam prawo przebywać tu jak i na całym tym terenie.- Facet chyba zsumował fakty i w końcu zrozumiał co mówię. Mój wujek był ważną osobą a jeśli zleciłby na nich skargę mieliby nie lada kłopoty w pracy.
-Przepraszamy ale i tak panienka musi stąd wyjść.- powiedział brunet. Zdenerwowana i zrezygnowana odparłam:
-Tylko zabiorę konie…
-Skoro tak to może ci pomogę?- Aż podskoczyłam na dźwięk tego głosu. Za mężczyznami stał oparty o ścianę boksu młody chłopak. Na oko był w moim wieku, miał opadające na czoło włosy koloru ciemnego blondu i chyba jasne oczy ale z mojego położenia nie mogłam tego dokładnie określić. W dodatku jak na chłopaka w moim wieku był dość wysoki.- Nie sądzę byś sama dała sobie radę z tymi końmi a nawet jeśli to tak będzie szybciej co nie?- uśmiechnął się łobuzersko i podszedł bliżej. Kurczę, był ładny.-To jak, pomóc ci?- Spytał a ja zdałam sobie sprawę że tylko patrzę się wciąż na niego jak głupia.
-Okej- rzuciłam oschle. -Musimy iść po kantary i uwiązy do siodlarni- skinął głową i zwrócił się do tych dwóch facetów.
-Tato idźcie do samochodu to zajmie nam tylko chwilę.- Skinęli głowami i wyszli a ja ruszyłam w stronę siodlarni.
 Na szczęście w tej części stajni siodlarnia była bardzo blisko bo mimo pozorów na tym wózku poruszałam się bardzo niezdarnie. Niestety mój ,,wybawiciel” chyba to zauważył bo zaczął pchać mój wózek.
-Nie musisz tego robić.- Teraz mój ton był równie wzburzony jak ja- Dam sobie radę sama.
-Wiem ale tak będzie prościej, nie sądzisz? Zajmij się szczeniakiem na kolanach i powiedz mi w końcu gdzie jest ta siodlarnia- spojrzałam w górę. Na prawdę szczerze się uśmiechał, w sumie był jak dobry przyjaciel a wcale go nie znałam. Wskazałam drzwi do pomieszczenia- To tam.- i poprawiłam szczeniaka na kolanach. Gdy wjechaliśmy do środka dałam znak by mnie puścił. Podjechałam do stojaków i wzięłam po kolei cztery kantary i uwiązy. Chłopak zerknął na kantary i spojrzał pytająco.-Jakie ty chcesz wziąć konie?
-Zobaczysz- wręczyłam mu dwa komplety- Weźmiesz Blue Jacka i Magika.-powiedziałam i wyjechaliśmy na korytarz.
-Które to?
-Shire i kucyk.
-No chyba se jaja ze mnie robisz?
-Pozostałych dwóch nawet nie wyprowadzisz z boksu. Tych w sumie nawet nie musisz prowadzić. Żeby nie było gości i mogłabym chodzić puściłabym je luzem. W sumie jak chcesz Magika możesz puścić jak zechce to pójdzie za Jack’em a jak nie to znajdzie się na pastwisku za jakieś pół godziny.- Chłopak tylko wybałuszył oczy i wzruszył ramionami. Dojechaliśmy do boksu Jacka. Wystawił swój ogromny łeb i zniżył abym mogła go pogłaskać. Wzięłam bez pytania od chłopaka jego kantar i założyłam.- Z Magikiem poradź sobie sam ja idę do Lilite.- Podjechałam do jej boksu i raz dwa założyłam na jej łepek kantar, w dodatku po drodze do Sulina zdążyłam popatrzeć jak chłopak mocuje się z Magikiem. Nawet się zaśmiałam patrząc jak jego głowa znika w głębi boksu gdy traci równowagę podczas gdy kucyk najwidoczniej przemyka pod jego nogami.
-Ty mała zmoro!- krzyknął. Gdy znalazłam się pod boksem Sulina ogarnął mnie smutek. Czyżby leki przestawały działać. Cicho szeptałam jego imię by po chwili wystawił swój majestatyczny pysk i oparł go o moje czoło. Łzy napłynęły mi do oczu, nie potrafiłam go nawet dotknąć. Po prostu zamarłam w połowie ruchu. Trzymałam w rękach kantar gotowy do założenia ale nie potrafiłam chociażby podnieść go w górę. W końcu objęłam jego pysk i cicho załkałam w chrapy. Nie wiem jak długa chwila minęła ale powróciłam do świata dopiero gdy on się odezwał.
-Wszystko w porządku?- Szybko się odwróciłam i ujrzałam go całego w słomie szczęśliwie trzymającego Magika za uwiąz. Podszedł do mnie i podał paczkę chusteczek wyjętą z kieszeni- Chyba się przydadzą- uśmiechnął się.
- Dzięki- otarłam oczy chusteczką ale poczułam że coś liże mnie po brodzie. Spojrzałam na Lenę a ta zamerdała kilka razy ogonem uporczywie się we mnie wpatrując. Uśmiechnęłam się gdy dodatkowo Magik oparł łeb na moich kolanach a Sulin do tego odnalazł moje ramię. Pogłaskałam wszystkie pociechy i w końcu odważyłam się założyć kantar Sulinowi.
-Czekaj pomogę ci- powiedział blondyn i sięgnął po kantar gdy nagle Sulin zarżał przenikliwie, zadębował i skrył się w głębi boksu- Jezu, przepraszam co mu odwaliło?!
- Widzi tylko cienie. To jasne że się wystraszył skoro wykonałeś przy nim tak gwałtowny ruch.
-Jak to widzi tylko cienie?
-Taka ślepota tylko jakby nie do końca. Mógłbyś otworzyć mi boks?
-Nie zrobi ci krzywdy?- Spytał ale otworzył boks i się odsunął. Tylko prychnęłam w odpowiedzi i wjechałam jak najbliżej mogłam. Potem cicho wypowiedziałam słowa: „Sulin, chodź do mnie”, a on po rozejrzeniu się energicznie podszedł i wtulił łeb w moją klatkę piersiową. Zasyczałam z bólu, akurat w tej chwili był mało delikatny, zapewne źle wymierzył odległość.
-Sulin podaj łepek- na te słowa grzecznie się odsunął i dał założyć sobie kantar. Szczęśliwa wyjechałam powoli z boksu a on cierpliwe poczekał aż wyjadę, a potem sam wyszedł i czekał przy boksie Lilite.-Weź już Blue Jacka, musimy podejść trochę do pastwiska. Z lekką trudnością otworzyłam boks staruszki, w końcu wzięłam dwa uwiązy i zaczęłam wyjeżdżać ze stajni. Gdy w wejściu się obróciłam zauważyłam że chłopak mocuje się z Blue Jackiem, gdy ten nadal stoi w boksie i tylko skubie spokojnie siano.
-Jack chodź na pastwisko- Gdy to powiedziałam ten zaraz podniósł łepek, zastrzygł uszami i energicznym kłusikiem podbiegł do mojego wózka o mało nie potrącając chłopaka.-Mówiłam że puściłabym je luzem.- uśmiechnęłam się.
-Te konie są dziwne. Nie, jednak nie one są normalne, ale ten kucyk…- tu spojrzał się na Magika, mimo upadku nadal trzymał jego uwiąz w ręku- … to samo zuoo.- zachichotałam i zagwizdałam na co kucyk również energicznie zaczął dreptać w moją stronę. Wymyśliliśmy aby było szybciej że założymy Magikowi prowizoryczny uprząż i podczepimy do wózka bo Sulin z Lilite nie akceptują chłopaka. W sumie pomysł się udał, on szedł obok mnie z Jackem, Magik przed nami ochoczo ciągnąc mój wózek, a Sulin z Lilite za mną. To pastwisko było w sumie najdalszym miejscem w którym mogłam wypuścić te konie, ale chciałam by były przy pochowaniu, które miało być w brzozowym gaiku. Mieścił się on zaraz przy płocie w sumie niedaleko dróżki, ale sporo brzózek było na samym pastwisku, oprócz potężnych drzew, które rosły wokół dużego stawu. Konie mogły pić z niego dowoli, a samo pastwisko służyło głównie tylko dla naszych wyjątkowych koni, które były wyłączone z jazd dla „klientów”.
-Jak tu jest super- powiedział blondyn gdy doszliśmy na miejsce- Wszędzie lasy, dzikie łąki, strumienie i stawy, pojedyncze drzewa. Oprócz płotów to praktycznie zero skażenia przez człowieka.
- Bo wszystko należy do mojej rodziny od pokoleń. Jest tu też sporo wzgórz i jezior.- Chłopak spojrzał na mnie ze zdziwieniem i uznaniem.
- Duże chociaż?
-To przecież jeziora! W sumie większość nie jest taka pokaźna. Największe i najpiękniejsze jezioro jest w większej części tak ogrodzone przez wzgórza że nie da się przejść. W pewnej części jednej z małych plaż widać kawałek muru, są tam chyba jakieś stare ruiny.
-Coooolll.
-Czy ja wiem. Sporo osób stara się przywłaszczyć nasze tereny, niektórzy je nawet dewastują!! Na szczęście jakieś pół roku temu czyjeś psy zaczęły się szlajać po naszych terenach. Do koni i innych zwierząt są przyzwyczajone, w sumie do nas już też i nie są zagrożeniem, ale co do obcych nie. Dzięki nim nikt nie wchodzi tu bez naszej wiedzy i opieki.
-Ale wam się trafiło, nie wyobrażam sobie jak wielki to musi być teren skoro macie tu takie widowiska, normalnie tego nie dałoby się upilnować. Od ilu lat to należy do was?
-A bo ja wiem? Na pewno od bardzo bardzo dawna. Wiem, że były tu m.in. tereny szlachty, wtedy było spore zafascynowanie tym co w sumie nie było polskie. Sprowadzano wtedy do kraju wiele rzeczy: meble, rośliny uprawne, dekoracje i zwierzęta. Dla tutejszych spodobały się przede wszystkim konie rasy Shire, były duże, piękne i silne, bardzo potrzebne w pracy na tych trudnych terenach. Właściciel posiadłości wykupił kilka dość cennych, 6 klaczy i 2 ogiery, wszystkie rasowe z papierami. Stworzył hodowlę, każdy znał nasze wspaniałe Shire.
- Ile ich było? Czemu teraz nie ma?
-Było ich sporo ponad 200, może i więcej, bo na pewno pełne były wszystkie boksy w tej stajni co ostała się przy posiadłości. Niedługo przed moim dziadkiem popadliśmy w długi, konie masowo padały na zarazę, trzeba było opłacić robotników a nie było na to pieniędzy, w dodatku jeszcze w próbie ratowania podjęto kosztowną inwestycję, która okazała się niewypałem. Zbankrutowaliśmy. Zostawiliśmy sobie kilkadziesiąt, może niewiele ponad 30 najlepszych koni by utrzymać ziemię, resztę sprzedaliśmy lub oddaliśmy po kilka w ramach zapłaty dla najbardziej zaufanych robotników. Teraz w sumie z tego rodu został nam tylko Blue Jack. Wujek marzy by znaleźć potomków tego rodu ale nie ma czasu. Cały czas myśli jak utrzymać to wszystko w kupie. Kilka razy próbowaliśmy je odnaleźć ale większość padła nawet nie doczekawszy potomków albo zostały sprzedane. Szkoda mi tych wszystkich koni. Sporo pewnie poszło na mięso.
-Przy takich terenach robotników na pewno mieliście od groma. Musiały ostać się jakieś konie, po prostu jeszcze nie trafiliście na ich ślad.
-Mam taką nadzieję. Otworzysz tą bramę?- Chłopak potaknął i podał mi uwiąz Jacka. Schyliłam się by odczepić prowizoryczna uprząż gdy nagle syknęłam z bólu. Parzący ogień powoli rozchodził się od ran, był słaby ale na pewno nie należał do najprzyjemniejszych. Chwilami tracił na sile ale chyba tylko po to by wrócić jeszcze mocniejszym. Ktoś dotknął mojego ramienia.
-Nic ci nie jest? Może powinniśmy wrócić?
- Nic się nie stało. Odepniesz magika? Ja odczepię uwiązy od reszty, gdy tylko to zrobię same pobiegną na pastwisko.-Zmusiłam się do uśmiechu i przywołałam Lilite. Gdy skończyliśmy on zamknął bramę i patrzyliśmy jak konie ścigają się do stawu. Znowu zasyczałam, ból ciągle przybierał na sile.
-Może lepiej wracajmy. Pobladłaś.
-Nic mi nie jest… Ktoś tu idzie?- Wskazałam ruchem głowy na czarną postać na piaszczystej drodze- Z tej odległości wygląda trochę jak ty.
- Bo wygląda. To jest mój brat bliźniak, pewnie tata go przysłał by nas poszukał.- Gdy bliźniak mojego towarzysza nas rozpoznał podbiegł by szybciej się z nami spotkać.
-Stephen musicie wracać. Dziewczyna… Tamara zgadza się? Musi wziąć pilnie leki, jej wujek mnie po was przysłał.- A więc mój towarzysz nazywa się Stephen… dziwnie ale podoba mi się to imię. Spojrzałam na posłańca mojego wujka wyglądał prawie identycznie jak brat ale gdy przyjrzałam się twarzy wiedziałam czym się różnią. Gdy Stephen był radosny i otwarty jego brat wydawał się nie być tak ufny i raczej trzymał uczucia na wodzy. Zauważyłam że się we mnie wpatruje i pochwyciłam jego spojrzenie. Gdy tylko nasze spojrzenia się zetknęły on zacisnął usta i odwrócił wzrok.
-Wujek przesadza. To tylko kroplówka i leki przeciw….ahhh- Nagle, jak na ironię ból przejął praktycznie całkowicie kontrolę nad moim ciałem. Pożar rozprzestrzeniał się błyskawicznie i komórka po komórce pożerał moje ciało. Stephen błyskawicznie przykucnął koło mojego wózka.
-Ej mała co się dzieje?- Nadal zginając się z bólu opasana rękami spojrzałam z powagą na mojego towarzysza.
-Nic mi nie będzie. Ruszajmy…
-Potrzebujesz szybkiej pomocy a droga tutaj z tobą na wózku to sporo ponad pół godziny.-Stephen spojrzał na brata. Nawet nie zwróciłam uwagi kiedy znalazł się tak blisko- Adam masz komórkę? Ktoś by po nią przyjechał tak by było dużo szybciej.
-Nie mam została w samochodzie.
-Magik może szybciej ciągnąć twój wózek?-Spytał mnie, pokręciłam przecząco głową niestety już jęcząc z bólu. Łzy cisnęły mi się do oczu, moja pieprzona głupota.
-Kto?- spytał Adam.
- Tamte małe zło na pastwisku.
-Jeśli miałby ciągnąć tak szybko ten wózek ona podskakiwałaby na nim jak na mechanicznym byku w wesołym miasteczku, już lepiej by było wsadzić ją na konia!
- Jasne tak by było najszybciej, który z tamtych koni da się dosiąść?- Stephen znowu zwrócił się do mnie. Adam otworzył szeroko oczy.
- To był sarkazm samej nie wsadzisz ją w takim stanie na konia a ty sam nie potrafisz się utrzymać na galopującym koniu bez siodła!
-Ja nie, ale ty tak. Który koń?
- Blue Jack, tylko on pozwoli….- przez nową falę bólu musiałam zacisnąć zęby by nie krzyknąć.
-Ten Shire tak?- pokiwałam głową.
-Stephen to głupi pomysł, lepiej odpuść.
-Ale jest najszybszy! Masz lepszy? Tamara zawołasz go?
-Nie ale…
-Ale nie mamy wyboru ona coraz gorzej cierpi.
-Co będzie jeśli jej nie utrzymam! To jest niebezpieczne, upadek z tak dużego konia może się źle skończyć przecież wiesz! Nie jestem tak dobry jeźdźcem….
-Adam przestań pleść bzdury. Jak byłeś smarkaczem już świetnie galopowałeś, jesteś jednym z najlepszych jeźdźców jakich widziałem więc stul jadaczkę i wsiadaj na tego wielkoluda bo nie mamy raczej zbyt dużo czasu.- Gdy oni rozmawiali ja w tym czasie zagwizdałam i zawołam ściśniętym głosem Blue Jacka. Gdy skończyli on stał przy bramie i strzygł uszami.
-Tamara mamy tylko uwiązy? Czy masz tu gdzieś jakiś sznurek?
-W tym domku na drzewie na kołku nad skrzynią wisi halter Jacka z prowizoryczną wodzą z liny.
-Idealnie, ja biegnę po to, Adam wyprowadź konia ok?
            Po chwili Blue Jack stał już w prowizoryczniej uździe, a Adam  wskakiwał na jego grzbiet. Gdy już dobrze się usadowił Stephen ostrożnie wziął mnie na ręce i podał Adamowi.
- Trzymaj się mocno z Adamem bezpiecznie i szybko będziesz na miejscu.-Przez ból byłam półprzytomna ale przesadziłam nogę i mocno złapałam grzywę karego Shira. Adam mocno objął mnie rękami i złapał za wodze. Byłam tak mocno w niego wtulona że czułam wszystkie  jego mięśnie. Jak tak pozornie chudy chłopak może być aż tak umięśniony? Nagle nachylił się i szepnął mi  do ucha.
-Nie bój się tak Aniele zaraz będziesz w domu.- I popędził konia. Zaraz, że jak on mnie nazwał??
    Gdy zajechaliśmy już na nas czekali. Łzy strumieniem ciekły mi z oczu i nie udało mi się stłumić krzyku, gdy wujek zdejmował mnie z konia. Resztę dnia spędziłam sama w fotelu w bibliotece pod kroplówką. Nie widziałam bliźniaków odkąd Adam mnie tu przywiózł, po jakimś czasie Lenę  przyniosła mi ciocia. Gdy nadszedł czas mama z ciotką i  Blanką pomogły mi się ubrać i wszyscy podjechaliśmy jeepem na miejsce. Wszyscy już tam byli. Wszystko dla mnie było jak za mgłą, smutek mnie rozsadzał ale nie miał drogi  ujścia. Wszyscy wygłaszali  puste słowa wyrażające pozorny smutek i  ubolewanie. Gdy nadeszła moja pora powiedziałam tylko krótko, że moje słowa pożegnania Argon sam już usłyszał. Gdy przywieziono ciało łzy zdołały przebić barierę z leków i ciurkiem leciały mi o po pliczkach. Niestety nie  przysłoniły mi obrazu. Chciałam aby zakryli ciało bo wolałam zapamiętać Argona takim jakim był, ale materiał nie przysłaniał nóg i połowy pyska, ku mojej uldze inny materiał tworzył opaskę zakrywającą  oczy. To co widzieliśmy było nierealne, jakby był pomalowany przez nieudolnego malarza. Ciało było obmyte z krwi ale barwnik pozostał. Gdy mężczyźni, w tym Armin i bliźniaki, ułożyli ciało w grobie wszyscy usłyszeliśmy przenikliwe rżenie. Grób był wykopany blisko płotu pastwiska i teraz cała czwórka stała wyciągając szyje. Podjechałam do nich i wtuliłam się w pysk Sulina. Gdy ja łkałam w jego chrapy one nadal rżały trącały mnie pyskiem. Jakby chciały bym coś zrobiła.
     Po wszystkim dorośli wraz z gośćmi ruszyli na poczęstunek do posiadłości. Armin i Blanka z Leną na rękach czekali na skraju zagajnika, gdy ja zsunąwszy się z wózka głośno łkałam klęcząc na uklepanej  świeżej ziemi. Konie nadal stały przy płocie, ze spuszczonymi łbami opierały się o siebie. Nie skubały trawy, nie rżały, nawet nie ruszały się z miejsca tyko stały tak w tej dziwnej pozie opierając pyski na grzbietach swoich towarzyszy. Gdy skończyłam płakać przyjaciel z siostrą dołączyli do mnie. Armin złapał mnie pocieszająco za bark.
-Ktoś chce ci coś dać.- Odwróciłam się i spojrzałam w wskazanym kierunku. Za nami stali bliźniaki Stephen trzymał coś za plecami a Adam oburącz trzymał coś zawiniętego z biały materiał.
-To prezent od nas i naszego ojca. Te drzewo to chyba kasztan albo orzech ale ma piękną delikatną barwę i grube mocne gałęzie gdy urośnie.
-Nasz ojciec tak właśnie kojarzył sobie Argona.-dodał Adam odsłaniając sadzonkę drzewa, była mniej więcej mojej wysokości. Zdziwiona spojrzałam na nich z wdzięcznością.
-Dziękuję.
- Może chciałabyś od razu je zasadzić?- zapytał Stephen z uśmiechem ukazując trzymaną wcześniej za plecami łopatę.
Zasadziliśmy drzewo w miejscu gdzie pochowaliśmy Argona. Gdy wracaliśmy ostatni raz padłam na kolana nad jego grobem i przysięgłam sobie że nigdy go nie zapomnę. Wiedziałam też  że razem z nim odeszło całe moje szczęście…
 
 Przepraszam za długą nieobecność. Nie będę się usprawiedliwiać ale gdy w końcu przełamałam barierę czasu i braku twórczego zaangażowania postaram się jak najczęściej  dodawać nowe wpisy o ile sprzęt pozwoli.
~Angele 
 
 
1 komentarz :, więcej...

Dom zwariowanego doktorka

przez , 11.maj.2015, w Zacząć od nowa

   Zamglone i dziwne sny przelewały się przez mój umysł. Nie mam pojęcia jak długo spałam. Całe moje ciało było zbyt ciężkie bym mogła poruszyć choćby palcem,a myśli zbyt słabe i zamulone by ciało się ich słuchało. Gdy w końcu otworzyłam oczy ujrzałam że przy moim łóżku stoi dobrze zbudowany, chudy chłopak ze skupieniem wpatrujący się w widok za oknem. Był smutny, a na jego twarzy malowało się zmęczenie. Może też i zatroskanie? Gdy chciałam odwrócić głowę by móc się lepiej przyjrzeć od mojego karku błyskawicznie rozszedł się po całym ciele piekący ból. Najbardziej paliło na mostku i nogach. Syknęłam, a on w mgnieniu oka znalazł się przy moim łóżku. Złapał lekko moją rękę i uśmiechnął się szeroko.
-Heej śpiochu. Jak się czujesz?- gdy to mówił miał przyciszony głos. Czuć było w nim delikatność i troskę. Skrzywiłam się i potarłam zlepione oczy.
-Jakby każda moja myśl musiała przejść przez metrową barierę.- Rozejrzałam się po sali. Była zwykła, pusta ale znajdowało się tu mniej więcej wszystko co potrzebne. Trzy łóżka i mała szafka przy każdym z nich, umywalka, kosz i telewizor. Na ostatnim łóżku leżałam ja, przy mnie stała kroplówka. Reszta łóżek była pusta. Szpitale mnie przerażały, były białe i szare, nic poza tym. Jednym słowem nudne i przygnębiające. Mnie nie musiały dobijać. Bardziej już chyba się nie dało. Zobaczyłam na szafeczce wazon z różami i pluszowego misia. – Jestem w szpitalu w Camptell? Jak długo?
-Tak, Jesteś tu od dwóch dni. Wczoraj po operacji przebudziłaś się ale nie powiem by lekarzom się to spodobało.-  uśmiechnął się szyderczo- Uważaj by nie pozwali cię do sądu. Nieźle dałaś im popalić.
-Serio? Zrobiłam im coś?- Zdziwiłam się.
-No śpiąca królewno, widzę że nie pamiętamy swoich poczynań com? Na pewno mają sporo siniaków, jeden podbite oko a drugi chyba wybity nadgarstek. Ale to tylko i wyłącznie ich wina. Mogli mnie wpuścić  od razu. No ale oni wolą cię faszerować tymi świństwami na uspokojenie itp.- Zerknął ukosem na kroplówkę przy moim łóżku. Do środka od góry było powbijanych mnóstwo igiełek a sama kroplówka miała żółtą barwę.- Złoszczą się że twój organizm za szybko je przyswaja. Podobno budziłaś im się kilka razy już podczas operacji a oni byli zmuszeni wciąż ci podawać narkozę. Widać nieźle im krwi napsułaś.- Uśmiechnął się szeroko i westchnął- Teraz twoi rodzice i wujek rozmawiają z jakimś lekarzem, chyba ordynatorem. Maciek z Bartkiem zostali w domu z babcią a Blanka poszła po kawę, pewnie zaraz…- nagle drzwi do sali się otworzyły- O wilku mowa!- Zaśmiał się na widok mojej siostry sparaliżowanej w połowie kroku z kubkiem kawy w rękach.
-Tamara!- siostra w mgnieniu oka odstawiła to co zostało z kubka kawy i zgarnęła mnie w ramiona- Myślałam że się nie obudzisz…- Wyszeptała mi do ucha, łzy z jej policzka ściekały mi na ramię. Gdy mnie przytulała ogień w moim ciele stopniowo przedzierał się przez blokadę leków. Ognisko i tak najbardziej ciągle paliło w piersi. Cicho pisnęłam.- Och naprawdę przepraszam nie pomyślałam!- Blanka odsunęła się ode mnie jak poparzona. Powoli opadłam na poduszki, które Armin najwidoczniej poprawił tak bym mogła półleżeć. Spojrzałam na siostrę i się uśmiechnęłam. Na jej twarzy presja ostatnich dni też zostawiła swój ślad. Zawsze perfekcyjnie przygotowana, dziś w wymiętym T-shircie, leginsach  i starych trampkach. Kręcone, jasnobrązowe włosy, pewnie nawet nie uczesane, związane były w luźny koczek na czubku głowy. Nawet nie starała się przykryć pod makijażem fioletowych sińców pod oczami.
-Spokojnie Blania, i tak czuje mniej niż powinna przez leki. Ale następnym razem uważaj ślimaku.
-Ej, ale ja na prawdę nie chciałam. I mam na imię Blanka!- siostra gromiła Armina spojrzeniem, a ten zaczął się śmiać. Miło było patrzeć jak tych dwoje znowu się przedrzeźnia. Nagle coś rzuciło mi się w oczy.
-Nie przebrałeś się?- przyjaciel spojrzał na mnie zdziwiony. Chwilę mu zajęło zanim zrozumiał o co mi chodzi. Posmutniał.
-Gdy dowiedziałem się co się stało, wyszedłem ze szkoły tak jak stałem. Zaszedłem tylko  do akademika po torbę i kasę na bilet. Zaraz byłem już w samolocie.Tata o niczym nie wiedział.- Nie musiałam znać dobrze ojca Armina by wiedzieć że ma nie lada kłopoty. Nigdy nie chciałam by się dla mnie poświęcał lub cokolwiek dla mnie robił. Jednak od śmierci Jacka chyba uważa to za swój obowiązek. Wcześniej było zupełnie inaczej. Teraz wystarczy mały sygnał a on bez myślenia ucieknie ze szkoły mundurowej, nawet nie będzie się trudził by zdjąć mundur, po prostu wsiądzie w samolot i wyjedzie z Anglii do Camptell. 
     Armin chciał coś jeszcze powiedzieć ale do sali nagle wszedł lekarz a za nim moi rodzice i wujek Luke. Wszyscy osłupieli gdy zobaczyli że jestem przytomna. Doktor Nowak zrobił kwaśną minę. Widać nie podobało mu się to co zobaczył.
-No no dziewczyno niezłą masz głowę. Jak się czujesz?
-Dobrze-  tyle tylko że dławiłam łzy na ich widok a moje myśli były zablokowane przez jakieś leki. Lekarz kiwnął głową i podszedł aby mnie zbadać. Armin niechętnie ustąpił mu miejsca i ustał przy oknie między moim a środkowym łóżkiem. Wujek z Blanką opierali się o okno przy ścianie. Lekarz podwijał nogawki luźnej piżamy i sprawdzał już gojące się pozszywane razy na nogach. Były drobne, ale było ich dużo i piekły. Na lewym udzie zauważyłam trochę większą ranę. Biegła wzdłuż uda a jej brzegi miały lekko zmieniony kolor, jakby ktoś maznął je długopisem. Jednak to było słabo widoczne. Zasyczałam gdy lekarz dotknął bandaża na brzuchu. Gdy go odchylił zauważyłam zaszytą ranę długości mniej więcej mojego małego palca u ręki. Jednak ten ból to był pikuś. Gdy lekarz lekko dotknął mojego mostka krzyknęłam z bólu. W mojej piersi płonął prawdziwy pożar. Przez chwilę miałam wrażenie, że pochłania i powoli komórka po komórce spala moje serce. Jednak to potrwało tylko chwileczkę, równie szybko jak się pojawił ból zaczął ustępować. Stopniowo coraz wolniej. Twarz Armina stężała, jego ręce były zaciśnięte w pięści. Widać że był zdenerwowany.
- Poproszę pielęgniarkę by dała ci trochę więcej leku przeciwbólowego.- ręce Armina trzęsły się, na twarzy było widać smutek. Doktor odwrócił się do moich rodziców.- Tak jak państwu mówiłem operacja się udała. Problemem jest tylko to że na pewno czuje duży ból a niestety jej organizm zbyt szybko zwalcza działanie leków, które jej podajemy. Nie może jechać na środkach przeciwbólowych bo zniszczymy jej wątrobę. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która nie daje mi spokoju.- Odwrócił się w moją stronę- dawno nie widziałem by ktoś był tam poobijany jak ty. Całe nogi miałaś poranione od szkła, jeden kawałek dość głęboko rozciął twoje udo, baliśmy się że rozciął tętnicę udową ale na szczęście była cała. Potem zajęliśmy się dość dużym kawałkiem szkła, który wbił ci się w okolicy mostka. Miałaś połamane kości więc kawałek wbił się dość głęboko. Miałaś szczęście bo cudem nie zahaczył o serce. To była jedynie kwestia milimetrów.  Wyjęliśmy kawałek ale zostawił po sobie sporo zniszczeń. Poskładaliśmy ci kości żeber i mostka a potem zszyliśmy to wszystko. Będziesz miała dość dużą okrągłą bliznę pod lewą piersią ale nie to mnie martwi. Jak już pewnie zauważyłaś brzegi rany na udzie są lekko zabarwione na niebiesko. Jest to spowodowane jakąś substancją w której byłaś oblepiona. Na udzie zabarwione tkanki udało nam się wyciąć bo nie było ich wiele. Jednak na piersi było ich za dużo. Teraz naciągnięta skóra ma bladoniebieski odcień jednak nie mam pojęcia dlaczego..
- To jest barwnik, stosowany przy robieniu tatuaży- Wszyscy się zlękliśmy gdy wujek nagle się odezwał. Lekarz zamrugał zdziwiony.
- Ale skąd..?
-Samochód, który uderzył w nią i konia przewoził akurat towar dla studia tatuażu w mieście. Podczas zderzenia tusz rozlał się po całej ulicy. Koń był w nim cały. W jasnoniebieskim tuszu miał pysk i klatkę piersiową, nogi w ciemnoniebieskim,i tak mógłbym wymieniać te kolory tęczy ale teraz pan chyba zrozumie skąd to się wzięło skoro dziewczynka była przytulona do tego konia gdy ją znaleźli.- Wujek ze złością patrzył na lekarza, a ten tylko szeroko otworzył oczy.
- Ach tak… Skoro tak to porobimy ci jeszcze kilka badań, i przy okazji sprawdzimy czy jest jakiś odpowiedni lek, który nie będzie tak szybko przyswajany przez twój orga…- Przerwał mu brzdęk przewróconego krzesła.
- Niech pan się pieprzy z tymi swoimi lekami!!!- Armin wybuchnął. Cały się trząsł, tak wbijał paznokcie w skórę że teraz lekko leciała mu krew.- Mieliśmy umowę jakby PAN nie zapomniał!
- Nie wiem o czym mówisz i lepiej się uspokój bo zawołam ochronę.
- Nie rób ze mnie idioty. Powiedziałeś że jeśli dzisiaj się obudzi, będzie mogła iść na jutrzejszy pogrzeb.- Moje mięśnie mimowolnie się napięły, zamknęłam oczy aby zatrzymać łzy. Armin co ty wyprawiasz?
- Stan mojego pacjenta jest ważniejszy niż wasz durny „pogrzeb”..
- Wmawiaj sobie! Ona czuje się dobrze. Ból nie jest przeszkodą, tylko twoje badania. Przyznaj zżera cię ciekawość. Jakim cudem te leki nie działają? Dlaczego ta rana jest niebieska? Od wczoraj faszerujecie ją całym arsenałem leków dostępnym w tym szpitalu. Pielęgniarka mi mówiła że skończyły się już wszystkie dostępne leki przeciwbólowe. Nie mam pojęcia co masz zamiaru zrobić z nią przy tych swoich badaniach, ale je nie zapomniałem sytuacji z kwietnia.-Nowakowskiemu nagle zszedł uśmiech z twarzy- Dla mnie jesteś tylko zwariowanym naukowcem, któremu trafiła się kolejna ciekawa biała myszka. Tylko w tym przypadku ta myszka jest silniejsza od pana, ponieważ ma znajomości…
- Dobra niech ci będzie! Może wyjść na jeden dzień! Ale wieczorem wraca prosto do szpitala, jest po operacji i nadal dostaje antybiotyki.- Po czym cały czerwony ze złości wyszedł z sali. Wszyscy byli osłupieni. O co im chodziło? Jak to kolejną myszą? Tylko oni dwaj znali odpowiedź. A mogliśmy być tylko zdezorientowani i wstrząśnięci tym co się stało.
- Armin?- Mój głos był nadal słaby, ale już mocniejszy. Przyjaciel natychmiast znalazł się przy łóżku. Złapałam go za rękę.- Dziękuję.
Łzy płynęły mi z oczu. Tym razem nie tylko ze smutku, czy któregokolwiek z rodzai bólu. One płynęły ze szczęścia że bliskie są mi tak cudowne osoby. Spojrzałam na wszystkich jeszcze raz. Armin zaczął się śmiać, Blanka patrzyła się na niego z szerokim uśmiechem. Rodzicie uśmiechnięci przytulili się do siebie, a wujek z założonymi rękami nadal opierał się o parapet i uśmiechał pod wąsem.

Mam nadzieję że wam się podoba. Tak jak obiecałam nowy post pojawił się dość szybko :3 Może uda mi się teraz posty wstawiać w miarę regularnie co tydzień lub dwa. Może częściej :D Zależy od weny twórczej no i oczywiście dostępu :P Miłego czytania! =D

 
1 komentarz :, więcej...

Chłopak w mundurze

przez , 09.maj.2015, w Zacząć od nowa

   Obrazy i dźwięki mieszały się w mojej głowie tworząc chaos myśli. Przerażające i obce, a jednak w jakiś dziwny sposób znajome. Zniekształcone wilki, które wyły i charczały w ślepej pogoni za zdobyczą. Zimny strumień, polana i spokojnie pasące się sarny. Stary dom państwa Kalinowskich, ogródek Pani Basi, zniszczona altanka w środku lasu. Następnie ogromna czarna postać skulona w zaroślach wpatrzona prosto we mnie. W oczach miała chęć niesienia śmierci, a jej pozycja jasno dawała do zrozumienia że szykuje się do skoku. Potem oślepił mnie biały blask wśród ciemności, a klakson samochodowy doprowadził me uszy do szaleństwa. Nie minęła chwila zanim obraz przysłoniła mi ciemnoczerwona ciecz a powietrze przeszył przeraźliwy kwik cierpiącego konia.
   Nagle w głowie zaczęło mi się przejaśniać. Okropny ból błyskawicznie objął i sparaliżował całe moje ciało. Zaczęłam płonąć żywym ogniem. Zabierzcie to z mojej głowy! Błagam, nie chcę tego widzieć! Argon!! Pragnęłam krzyczeć ale z moich ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Mój mózg zablokował się na  tej  jednej scenie. Okropnym obrazie, który nigdy nie zniknie sprzed moich oczu. Mój najlepszy przyjaciel w kałuży krwi i substancji wyciekłych z ciężarówki. Z jego piersi sterczał wielki kawał szkła. Z martwych niebieskich oczu ciekły jeszcze łzy. Nie żył, był martwy. Smutek i żal przejął każdą komórkę mojego płonącego ciała. Z całych sił starałam się krzyczeć i potrząsać głową. Chociażby zatkać uszy. Byleby tylko ta scena zniknęła z mojej głowy. Aby to jednak nie było prawdą.  Zauważyłam że przez koński kwik, który boleśnie uczepił się mojej głowy zaczęły przedzierać się czyjeś głosy. Boleśnie starały się dotrzeć do mojej świadomości. Odpychałam je z całych sił. Miałam dość. Nie chciałam nic widzieć czy słyszeć, a tym bardziej czuć czy pamiętać. To było zbyt bolesne i żywe. Nie pragnęłam nic więcej tylko całkowicie zatracić się w pustce.
    Jak na ironię przegrywałam jednak walkę z głosami, i krok po kroku bezładne dźwięki zaczęły układać się w słowa a potem zdania. Te wszystkie głosy… one… były obce.
-Tamara! Us… Uspokój się dziewczyno!!
-Trzymajcie ją mocniej, bo zrobi sobie krzywdę!
-Pani Barbaro proszę szybciej!
-Już napełniam strzykawkę.
Gdy otworzyłam oczy zobaczyłam mnóstwo zamazanych postaci starających przyszpilić do łóżka każdą część mojego ciała. Obraz pulsował wraz z bólem w moim ciele. Jedna z postaci stała troszkę dalej i szukała czegoś uporczywie na tacy. Puśćcie mnie! Nagle dotarło do mnie, że mimo woli krzyczę i staram się im wyrwać. Ostrość obrazu też powoli wracała. 
   Nagle przez duże podwójne drzwi do pomieszczenia wpadła jakaś postać. Chód był nienaganny i zdecydowany, widać było że osoba była zdenerwowana. Zaraz za nią bezsensownie próbując dotrzymać kroku pielęgniarka wykrzykiwała, że nie można tu wchodzić.
-Co wy robicie! Zostawcie ją!!- na dźwięk tego głosu serce zabiło mi mocniej. Starałam się bardziej wyrywać. Niech mnie zostawią przecież ja go znam! Chłopak mimo protestów lekarzy dotarł do mnie, złapał za nadgarstki i przybił do łóżka bym przez przypadek czegoś mu nie zrobiła. Gdy do mnie przemówił jego głos był stanowczy ale łagodny.
-Tala. Spójrz na mnie. Wszystko jest w porządku, okej? Jestem tu.- Otworzyłam oczy. Nade mną stał wyskoki chłopak. Nadal chudy, tyle tylko że przybyło mu siły. Jego kruczoczarne lekko sterczące włosy, kontrastowały z  bladą cerą i lodowato niebieskimi oczami. Jednak z lodem miały jedynie wspólny kolor, ponieważ one były zawsze wesołe i pogodne. Nawet teraz widziałam w nich tyle ufności i troski. 
-Armin. Wróciłeś.- nawet nie podejrzewałam że mam taki słaby głos. Teraz też zrozumiałam że nieostry obraz spowodowały łzy. Mimo mizernego głosu on zrozumiał mnie i szeroko się uśmiechnął ukazując rząd prostych, nieskazitelnie białych zębów. Złapał mnie za rękę. Chciałam się poruszyć by go lepiej widzieć ale tylko zasyczałam gdy w mojej głowie pojawiło się nowe ognisko bólu. -Boli!- Łzy zaczęły płynąć mocniej.
-Zaraz przestanie Tala.- gdy to powiedział skinął głową dla pielęgniarki przy łóżku – Odpręż się i nie bój. Będę cię pilnował.
 Nie minęła chwila a ogarnęło mnie otępiające zmęczenie. Obrazy znowu zaczęły się rozmazywać. Chciałam coś jeszcze powiedzieć, ale nie dałam rady. Jeszcze zanim odleciałam zauważyłam że jest w wojskowym mundurze. Wrócił, ale czy na długo?

Naprawdę przepraszam za nieobecność i za to że posty są wstawiane nieregularnie. Napięte grafiki w sql i wgl. Na szczęście jest to technikum i ten okres zapewne długo nie potrwa. Zresztą już niedługo wakacje.Pozostaje tylko kwestia dostępu do komputera :/ No ale przynajmniej znacie jedno z imion głównej bohaterki. Ciekawe czy zgadniecie jakie jest drugie? Hmm.. ;3 Następny post postaram się wrzucić jeszcze w tym tygodniu a jak nie to w następny weekend :) Tylko proszę, jeśli podoba wam się moje opowiadanie, bardzo proszę pozostawcie coś po sobie, Jeden komentarz nic wam nie zrobi a mi da znak że ktoś jednak czyta moje bohomazy. Nie chcę byście komentowali każdy wpis, raz wystarczy, możecie też jeśli chcecie pisać na mojego e-maila :3 Do zobaczenia

2 komentarze :, więcej...

Koszmarny błąd

przez , 20.kwi.2015, w Zacząć od nowa

Co mi strzeliło do głowy?! Naprawdę nie wiem czy moja głupota zna jakieś granice. Oczywiście altankę znaleźliśmy już po kilkunastu minutach. Trzeba było zjechać z drogi by do niej dotrzeć i mimo tego że cała była porośnięta bluszczem była dobrze widoczna. Drewniana konstrukcja całkiem dobrze poradziła sobie z upływem lat. Las stopniowo pochłaniał ławki, stolik a nawet palenisko na środku. Zresztą nie tylko środowisko i rośliny ale także zwierzęta poużywały sobie trochę tego miejsca. Szkielet całej altany pochłonęła roślinność ale i tak trzymał się zdecydowanie najlepiej. Ławki i drewniane fotele straciły trochę części, a te które zostały też nie wyglądały najlepiej. Mały drewniany stolik teraz wyglądał jak rzeźbiony przez nieudolnego pijaka. Znalazłam też części doniczek i łańcuchy i huśtawkę pokryte przez gałęzie, mech i bluszcz. W drewnianych rzeźbieniach przy wejściu zwierzęta porobiły norki i jamki. Pod dachem widać też było gniazda. Pozostały tylko ślady życia, ale żadnego nie można było zauważyć. Nie było słychać nawet ptaków, tylko wiatr szeleszczący liśćmi. Gdy chciałam wracać pojawił się problem. Droga jednak nie była tak widoczna z tego miejsca. Chciałam poszukać naszych śladów ale w tej gęstwinie nie było nic widać. W dodatku Argon nie ułatwił mi zadania drążąc tunele w pobliskich krzakach w poszukiwaniu czegoś smacznego. Postanowiłam trochę pokrążyć i poszukać drogi.
    2 godziny a ja nadal nie byłam bliżej końca. Drogę znalazłam po jakimś czasie, tylko że tą las pochłonął prawie całkowicie. Zatrzymałam Argona na polanie przy dość szerokim strumieniu. Pewnie była to odnoga jakiejś rzeki. Gdy on pił ja siedząc na nim wyjęłam Lenę z torby. Nie podobało jej się to że musiała siedzieć w torbie ale gdy minęliśmy padlinę jakiegoś dużego zwierzęcia, z którego zostały tylko kości… trochę wnętrzności i sierść. Raz na zawsze rozwiały się wątpliwości czy wypuścić Lenę by szła gdy my jechalibyśmy stępem. Zwierzę miało wykręcony kark. Równie dobrze mogło samo paść a po jego śmierci dzikie psy lub nawet lisy mogły po prostu niezbyt humanitarnie obejść się z ciałem ale samo to napawało strachem o szczeniaka. Zaczęłam głaskać senną sunię i rozmyślać nad możliwościami powrotu. Telefon padł mi dawno przed tym jak chociażby weszłam do lasu,a nawet bez tego problemem byłby brak zasięgu. Chciałam upewnić się chociażby co do kierunku w którym podążamy by skierować się w stronę najbliższej cywilizacji. Ale poczułam jak pode mną mięśnie Argona napinają się i koń daje krok do tyłu. Przeniosłam wzrok z Leny na jego głowę. Pysk miał uniesiony wysoko. Wiatr przyniósł jakiś zapach, on był niespokojny i strzygł uszami. Nagle znieruchomiał. Jego mięśnie napięły się chyba do granic możliwości. Podążyłam za jego wzrokiem i zamarłam. W ciemności lasu i pod zasłoną krzewu spoglądała na nas para oczu. Postać była czarna jak noc i dzieliło ją od nas zaledwie kilka metrów. Nie mam pojęcia jakim cudem podeszła tak blisko. Jedno złote ślepie było podbiegłe krwią, drugie całe pokryte bielmem z przebiegającą przez środek szramą. Jedno ucho naderwane. Zmarszczoną kufę całą pokrywały blizny i rany ale nadal  dobrze odsłaniała pokaźne uzębienie właściciela i ostre kły stworzone do zatapiania się w ciało ofiary. Z gardła wilka dobiegł przyprawiający o dreszcze charkot gdy bestia wybijała się do skoku a ja krzyczałam „Argon! Cwał!”. Siwek ruszył z miejsca przeskakując strumień tylnymi nogami lądując jeszcze na granicy wody i rzucając się szaleńczym pędem w głąb lasu. Bestia chybiła o włos. Kurczywie trzymałam się jedną ręką łęku siodła i wodzy a drugą mocno przyciskając do siebie szczeniaka. Było oczywiste że wpadliśmy w  pułapkę. Ledwie zagłębiliśmy się w las a reszta stada także ruszyła w pościg za nami. Wilki były wielkie, w gąszczu ledwie było widać ich poharatane cielska ale odgłos łamanych zarośli i powarkiwań rozchodził się po całym lesie. Gałęzie drzew boleśnie raniły całe moje ciało ledwie uginając się pod naciskiem mojego ciała i prędkości, Argon część z nich łamał a krzewy taranował kopytami. Bestie łamały chyba wszystko co mogły usilnie próbując nas okrążyć. O mało nie spadłam z siodła gdy jedno ze stworzeń całym swoim ciężarem przywaliło w młodą topolę która upadła z łoskotem obok nas zahaczając o gałęziami o moją nogę i bok Argona. Czym były te stworzenia…?!
   Po ponad godzinnym szaleńczym cwale dopiero zaczęłam stopniowo wstrzymywać Argona. Powoli przechodziłam do galopu, kłusu w ogóle się nie śpieszyłam. Mimo że bestie zgubiliśmy dawno temu wolałam nie ryzykować. Poza tym nagłe zwolnienie nie byłoby dobre dla spłoszonego konia i… szczerze mówiąc dla mnie też. Serce biło jak oszalałe a ciało sparaliżowane ze strachu. W oczach miałam łzy. Pierwszy raz widziałam takie stworzenia i drugi raz nie miałam zamiaru ich spotkać. Były dużo większe i szybsze od normalnych wilków. Poza tym różniły się też budową, na pewno miały krótszy pysk i masywniejsze łapy. Prawdopodobnie one zabiły tamto zwierzę. W kłusie zauważyłam małą trzęsącą się kulkę w moich ramionach. Lena aż piszczała ze strachu. Dopiero teraz postanowiłam przejść do stępa. Zaraz zapadała noc, musiałam obejrzeć nasze rany i pozwolić Argonowi trochę odpocząć. Jadąc z wiatrem znalazłam miejsce gdzie drzewa i krzewy rosły rzadziej aż w końcu przechodziły w małą polanę. Zatrzymaliśmy się przy płytkim strumyku. Po drodze głaskałam Lenę i teraz sunia prawie całkowicie się uspokoiła. Zsiadając z Argona zauważyłam że ma cały porysowany bok. Moja prawa noga też nie była w najlepszym stanie. Rozsiodłałam ogiera i pozwoliłam mu się napić gdy ja obmywałam jego rany i zgrzane nogi. Woda była lodowata ale musiałam przemyć te paskudne rany. Wilk jednak nie chybił, zahaczył pazurami o masywne udo siwka. Gdy skończyłam konik spokojnie skubał trawę, nadal był niespokojny ale przynajmniej się trochę rozluźnił. Gdy się odwróciłam zauważyłam że Lena trzyma w zębach przepiórkę. Miała połamane skrzydło i brakowało jej jednej nogi więc stanowiła  łatwy cel dla szczeniaka. Mały morderca. Niewinny ptaszek pewnie wcześniej umknął lisowi, bo wątpię by wydostałoby się z potrzasku jednej z tych bestii. Mimowolnie zadrżałam i z siodła i czapraka ułożyłam prowizoryczne posłanie. Robiłam tak jeszcze w podstawówce gdy z Arminem i Jackiem uciekaliśmy z domu. Wyjęłam dzianinowy kocyk z torby i paczkę owsianych ciasteczek. Piekłam je dla koni ale dla ludzi też były równie dobre. Zawierały płatki owsiane, jabłka i odrobinę miodu. Ułożyłam posłanie pod drzewem i  zaczęłam jeść.
   Obudziłam się kilka godzin później niedługo przed świtem. Śnił mi się wypadek Jacka. Koszmar, który myślałam że więcej mi się nie przyśni. Na wspomnienie bolały mnie całe plecy. Noc była zimna i strasznie zmarzłam. Chciałam się podnieść ale napotkałam opór. Argon ułożył pysk na mojej klatce a przednie nogi na moich. Leżał na boku i zapewne spał. Naprawdę mnie to zdziwiło, gdy wyruszaliśmy sami nigdy nie spał. Zawsze ktoś musiał stać na straży. Nagle spojrzałam w bok i wszystko się wyjaśniło. Stado saren pasło się niedaleko. Argona się nie bały a że wiatr wiał w naszą stronę nie wyczuły naszej obecności. Były naprawdę piękne a w dodatku zaalarmowałyby nas gdyby w pobliżu było niebezpieczeństwo. Spojrzałam w bok i ujrzałam Lenę wtuloną we mnie do granic możliwości a wokół niej bliżej niezidentyfikowane resztki przepiórki. Zdegustowana poruszyłam się co zaalarmowało Argona a ten natychmiast ułożył się na brzuchu i spojrzał na mnie. Pogłaskałam go i wstałam wywołując protest Leny. Na moim „łóżku” nie było śladu po niedojedzonych wczoraj ciasteczkach. Została tylko zmasakrowana torebka. Spojrzałam z wyrzutem na siwka, który teraz stał wyczekująco przy strumieniu. – Ty łakomczuchu! A na śniadanie to nic nie zostawiłeś. -Koń uniósł górną wargę odsłaniając przezabawny uśmiech – Tak wiem że były smaczne- uśmiechnęłam się pod nosem i wyciągnęłam jabłko z torby i kilka psich ciasteczek dla Leny. Ostatnie jedzenie jakie nam zostało. Szybko zjadłam jabłko i osiodłałam Argona. Teraz znowu był niespokojny ale było to zapewne spowodowane tym że spłoszyliśmy sarny. Na koniec otrzepałam koc i nałożyłam go na ramiona. Zaczerpnęłam też trochę wody do pustej butelki znalezionej w torbie. Gdy już byłam pewna że wszystko zabraliśmy poprowadziłam Argona z ziemi ku zachodowi, gdzie powinna biec najbliższa asfaltowa droga. Ogier protestował i wierzgał. Nie chciał spokojnie iść więc w końcu zdecydowałam się na niego wsiąść. Gdy się wybijałam obok nas przebiegła spłoszona sarna i o mało nie spadłam gdy Argon ruszył biegiem przed siebie. Musiałam szybko usiąść na miejscu i przytulić do piersi torbę by Lena z niej nie wypadła. Gdy się odwróciłam okazało się że te wilki jednak nas znalazły. Prawdopodobnie przez przypadek polując na sarny, ale wiedziałam że teraz tak łatwo im nie uciekniemy. Teraz na bardziej otwartym terenie widziałam dobrze w całej okazałości posturę goniących mnie bestii. Zastanawiałam się tylko jakim cudem jeszcze żyły z taką ilością ran no i skąd je miały?
 
Przerażona skierowałam spłoszonego konia w gęstwinę lasu. Słyszałam w dali jakiś szum ale teraz myślałam tylko o tym by dać radę uciec. Po pewnym czasie słońce rozjaśniało powoli niebo mimo deszczu a bestie nadal nie przerywały pościgu. Ranny, obolały i zmęczony Argon nie mógł biec tak szybko jak poprzedniego dnia by uciec przed drapieżnikami ale miałam nadzieję że chociaż da radę biec dłużej. Szum zrobił się głośniejszy i w końcu z rozumiałam że to odgłos kół na asfalcie.. Droga?! Samochody?! W końcu obudziła się we mnie nadzieja. Mimo przemokniętego koca krępującego moje ruchy skierowałam Argona w stronę drogi. Koń najwidoczniej zrozumiał to co ja i ostatkiem sił zaczął biec szybciej. Kilka bestii przestało nas gonić ale czarny basior na czele nie ustępował. Gdy przed nami wyrósł omszały płot Argon zgrabnie przeskoczył. Gdy w locie ujrzałam blask światła myślałam, że to słońce. Szkoda że wtedy nie rozumiałam jak bardzo się myliłam.
  Nogi Argona dotknęły asfaltu i zrobiły może jeszcze dwa kroki zanim ogłuszył nas przeszywający pisk i dźwięk klaksonu. Siwek wierzgnął zrzucając mnie z grzbietu. Moje ciało głucho całym swoim ciężarem uderzyło w asfalt boleśnie pozbywając się resztek powietrza z moich płuc. Widziałam jak mój przyjaciel wierzga nade mną stawiając czoła małej ciężarówce. Widziałam jak jego ciało głucho uderza w maskę pojazdu i z kwikiem wznosi się w powietrze by z powrotem nadziać się na przednią szybę. Zanim moją świadomość całkiem pokryła ciemność zdążyłam zduszonym głosem ze łzami w oczach histerycznie wykrzyczeć imię przyjaciela „Argoon!!!”
 
Gdy otworzyłam oczy z ledwością oddychałam a głowę przeszywał piekący ból. Lekko się uniosłam i rozejrzałam mimo rozchodzącego się po całym ciele potwornego bólu. Leżałam na środku jezdni, trochę dalej na poboczu leżała mała ciężarówka. Po przedniej szybie pozostało tylko kilka małych odłamków a jej resztki walały się wszędzie. Z przodu samochodu nie było co zbierać, wszystko było powyginane. Obok ciężarówki leżała jakaś duża postać a nad nią pochylał się z trudem jakiś mężczyzna. Chyba rozmawiał przez telefon ale reflektor mnie oślepiał a w uszach nadal miałam ogłuszający kwik mojego przyjaciela. Szybko moją uwagę przykuło czarne stworzenie pod kołami zmasakrowanego pojazdu, które łypało na mnie żółtym ślepiem z którego ulatywało życie. Nadal miał siłę powarkiwać nienawistnie.Widziałam jak w kałuży krwi wydaje ostatnie tchnienie. Byłam sparaliżowana ale szybko z tego stanu wyrwało mnie słabe rżenie. W mgnieniu oka odwróciłam się i jakieś dwa metry za mną ujrzałam na poboczu mojego przyjaciela z wysiłkiem wpatrującego się we mnie. Mój wzrok zatrzymał się na kawałku szyby w kształcie ostrego poszarpanego trójkąta wielkości średniego psa wbitego prosto w pierś mojego przyjaciela. Łzy płynęły mi z oczy gdy mimo bólu w mgnieniu oka znalazłam się u boku konającego towarzysza. Ujęłam jego łep i położyłam na swoich kolanach. Z trudem cicho zarżał – Cicho malutki. Jestem tu.- Powiedziałam przez łzy. Jego niebieskie oko spoglądało prosto w moje. Widać było w nich jego duszę. Wolność i zaufanie pełne miłości i nieustępliwości w dążeniu do celu. Teraz błękitne ślepie było pełne cierpienia i rozpaczy. Mój najlepszy przyjaciel płakał i wykrwawiał się na moich kolanach. Rozejrzałam się rozpaczliwie wołając pomocy i kątem oka ujrzałam blisko Lenę zaplątaną w torbę słabo oddychającą. Mignęło mi też brązowe cielsko o żółtych ślepiach i białych zębiskach powoli zatapiające się w ciemności lasu. Panikowałam i kurczowo przytuliłam się szyi siwka. Gdy poruszył głową znowu ujęłam jego pysk w dłonie i spojrzałam w oczy. Na chwilę konik zmrużył oczy i wdychał z trudem mój zapach. Wiedziałam że nie zostało mu dużo czasu i on odejdzie. Tak jak Jacek. Ze łzami w oczach i ostatkiem ił powiedziałam – Kocham cię Argon. Zawsze będziesz przy mnie mały, a ja przy tobie. – Otworzył ślepko i spojrzał na mnie – Nie zapomnę o tobie przyjacielu. Obiecuję.- Szepnęłam i ucałowałam jego chrapy. Gdy podniosłam wzrok on ostatkiem sił zarżał, leciutko ruszył jedną nogą. Potem widziałam już tylko jak z jego ciała powoli uchodzi życie. Patrząc w jego oczy widziałam jak miłość i blask zastępuje pustka. Gdy wydał ostatnie tchnienie przestałam się kontrolować. Kurczowo przyciskałam do piersi jego lepiący się łepek i dusiłam się krzykiem. Nie minęła chwila zanim znów straciłam przytomność.
 
Przepraszam za długą nieobecność i wgl ale teraz po konkursie będę miała dużo więcej czasu by pisać opowiadanie. Mam nadzieję że post wam się podoba i zachęca do dalszego czytania :D Jeszcze raz przepraszam za długie zwlekanie.
2 komentarze :, więcej...

Ciekawość cz.2

przez , 06.kwi.2015, w Zacząć od nowa

 Za zagajnikiem wypuściłam Lenę z torby i ruszyłam z Argonem stępem wzdłuż ścieżki. Po godzinie drogi dotarliśmy na pola przy skraju puszczy. Jedynie za mną ciągnęły się jakiekolwiek ślady ludzkiej obecności, tutaj gdziekolwiek bym nie spojrzała ciągnęły się rzędy drzew i zarośli tak gęstych że nie przepuszczały choćby większej odrobiny światła. Jedyne co wskazywało na to że jakiś człowiek tu kiedyś był to stara zdezelowana drewniana chata. Teraz gdy naprawiłam co mogłam wyglądała ślicznie. Ogród otoczony omszałym  płotem był pełen róż. Z tego co wiem babcia, która tu mieszkała uwielbiała róże. Teraz gdy ona nie żyje postanowiłam zaopiekować się ogrodem. Kwiaty w tym środowisku doskonale dawały sobie same rade trzeba było tylko trochę im pomóc. Między innymi należało wybić chwasty. Teraz ogród był znowu piękny, do renowacji zostało jeszcze kilka ławek, huśtawka i sadzawka. Większy problem był z domem, ale w te wakacje chciałabym chociaż skończyć ogród. Spojrzałam na dwa dęby wokół których Lena właśnie rozkopywała kretowiska. Z tej odległości odróżnić ją od błota można było tylko dzięki niebieskim ślepkom i różowemu językowi. Moją uwagę przykuło kilka linek zawieszonych pomiędzy drzewami. Smutna pozostałość po dawnym pięknie tego miejsca. Wujek opowiadał mi jak razem z ciotką odwiedzali panią Basię w jej oazie. Nazywał to magicznym miejscem zbudowanym przez dwie starsze osoby. Opowiedział mi kiedyś o tym gdy z daleka zobaczyliśmy ruiny domu. Nie wiedział że tu jestem. Zabronione jest przebywanie tak blisko puszczy, podobno jest to zbyt niebezpieczne. Wyjęłam nogę ze strzemienia i chciałam już zejść z Argona gdy coś mnie drgnęło. Mówił że państwo Kalinowscy zbudowali w puszczy małą altanę blisko drogi. Zerknęłam na starą spróchniałą bramę zagradzającą dalszy wjazd drogą w głąb lasu. Pani Basia pewnie nie była tam od śmierci męż…
Argon nagle zerwał się i z miejsca ruszył cwałem w stronę bramy. Przed upadkiem uchroniło mnie jedynie to że złapałam się jego siwej szyi. Zgłupiał czy co!!?? Spojrzałam przed siebie i poczułam ruch jego mięśni pod sobą. Zrozumiałam że skoczy… ale na moje nieszczęście dopiero wtedy gdy się wybijał. Zgrabnie i ze sporym zapasem przeleciał nad bramą zruszając jedynie kilka liści leżących na drewnie. Za to ja straciłam kontakt z siodłem w połowie skoku. Gdy jego przednie nogi kopytami już stykały się z podłożem, mój tyłek z impetem lądował w krzakach pokrzyw i dzikiej róży. Gdy ostrożnie podnosiłam się z ziemi słyszałam radosne rżenie Argona. Podczas gdy ja ostrożnie wyczłapywałam się z zarośli on czekał na mnie na dróżce. Widziałam że jest rozbawiony i rozpiera go energia.
-Co ty wyprawiasz cwaniaku?!  Jak wujek zobaczy co mi zrobiłeś to przerobi cię na kiełbaski.-Złapałam za wodze a on smutno tknął pyskiem moją rękę. Przesunęłam palcami po jego pysku, od chrap przez ganasze, do szyi. Jego delikatna skóra i miękka sierść lekko poddawały się mojemu dotykowi. Przytknęłam moje czoło do jego i chwilę wsłuchiwałam się w jego równomierny oddech. Lekko zarżał, odsunęłam głowę i spojrzałam w jego oczy. Wiedziałam że ma ochotę na poznanie tego miejsca. Zerknęłam na dróżkę, dawno nikt jej nie używał i mimo że las stopniowo ją pochłaniał była całkowicie przejezdna. Podeszłam do tych kilku drewnianych belek robiących za bramę i zawołałam Lenę. Psinka wysadziła umorusany łepek z dziury i pędem przybiegła do nas. Gdy przeszła pod bramą otrzepałam ją z ziemi i wsadziłam z powrotem do torby aby nic jej się nie stało. Jeszcze nie nadążała za Argonem dość dobrze by za nami biec a poza tym ostrożności nigdy za wiele. Prawdopodobnie nie bez powodu mówią że puszcza jest niebezpieczna. Sunia znalazła się bezpiecznie w torbie a ja wskoczyłam na grzbiet siwka . Jeszcze raz rozejrzałam się dookoła, w tym za siebie na ruiny domu, i popędziłam Argona. Kłusem ruszyliśmy przed siebie w głąb puszczy….
 
Przepraszam że tak długo mnie nie było, ale wybrałam chyba najgorszy czas na prowadzenie bloga. W moim domu aktualnie jest jeden komputer co na moją rodzinkę jest zdecydowanie za mało. Oczywiście nie chodzi tu o dostęp do neta ale głównym powodem tego że posty wstawiam tylko poprzez komputer są moje błędy ortograficzne. Nie chcę kalać waszych oczu moimi błędami ;D W najbliższym czasie postaram się pogodzić naukę i bloga, no i w miarę regularnie wstawiać kolejne części opowiadania. Jeśli macie jakieś zastrzeżenia co do mojej twórczości to bardzo proszę byście się ze mną nimi podzielili . Krytyka mile widziana ;3  
2 komentarze :, więcej...

Ciekawość

przez , 16.mar.2015, w Zacząć od nowa

Ciekawość, bez niej nie poznalibyśmy świata, ale z nią napytamy sobie biedy.

Wsłuchiwałam się w rytmiczne uderzanie kopyt o ziemię na placu, gdy moje oczy podążały za karym koniem tańczącym pomiędzy labiryntem płotków z moją siostrą na grzbiecie. 
-Nigdy nie przekonam jej by wzięła udział w konkursie prawda?- Czyjś głos wyrwał mnie z rozmyślań. To był mój wujek, starszy człowiek o wielkim sercu, ludzie zawsze go kochali mimo że nie robił się młodszy i potrafił być surowy. Trzymał w rękach wodze Argona podczas gdy ten opierał głowę o moje plecy. Czułam jego oddech na skórze , równy i spokojny. Spojrzałam w dół na puchatą szaro białą kulkę śpiącą w moich ramionach. Jak na szczeniaka Husky Lena wydawała się nadal zbyt mała mimo że skończyła 2 miesiące. Była taka drobna…, tyle tylko że nadrabiała charakterem, wszędzie było jej pełno.
-Tak. Blanka z Furią są niesamowite ale ona nie narazi jej. Furia na sam widok obcych ludzi staje się niespokojna, mogłaby ich zaatakować.- spojrzałam na fryzkę, teraz spokojną i radosną z grzywą falującą pośród piruetów i ogonem zwinnie dotrzymującym jej kroku. Wujek zaśmiał się.
-Czasem mam wrażenie że ten koń zamienił się na rozum z tym psem.- Zachichotałam.
- Faktycznie Afera całe dnie śpi w boksie Furii i nawet wyglądem trochę przypomina źrebaka.
- A Furię ledwo da się wprowadzić do boksu.- Nagle usłyszeliśmy czyjeś kroki. Usłyszałam że Argon nerwowo parska. Był to Patryk, jego ojciec prowadzi własną firmę budowlaną a za to on jest jednym z najlepszych jeźdźców startujących w zawodach.
- Luke! Czemu nikt nie przyprowadził Zeusa z pastwiska? Już dawno powinien być gotowy do jazdy! Wiesz że mam napięty grafik i nie mogę czekać.
-Już idę.- podał mi wodze Argona i dodał cicho tak bym tylko ja go usłyszała – Jedź na przejażdżkę, temu narwańcowi to się przyda. – Uśmiechnął się i dodał – Tylko wróć przed zachodem i powiedz Blance gdzie jedziesz.
Gdy odchodził szybko schowałam protestującą Lenę do torby, zostawiłam Argona przy stajni, zaszłam do kuchni po wodę i jakieś przekąski. Potem ruszyłam na plac zabierając po drodze Argona. Szybko wyjaśniłam wszystko Blance, która teraz pracowała z klaczą z ziemi a Afera biegała wokół nich. Jako dog niemiecki była naprawdę duża, spokojnie sięgała do połowy wysokości klaczy. Wyszłam za bramę, szybko wskoczyłam na grzbiet i ruszyłam w stronę zagajnika.
 
Mam nadzieję że się podoba. Jak wspomniałam są to początki i zapewne będzie dużo błędów ale życzę miłego czytania moich bazgrołów =D

 

2 komentarze :, więcej...

Trudny początek… Hej?

przez , 15.mar.2015, w Inne

Hmmm… Witam? :P
 
I oto mój pierwszy blog, ale o czym będzie?
Puki co o wszystkim: będę dodawała zrobione przez siebie zdjęcia, rysunki, pisała o sobie, o swoich pasjach i o tym jak postrzegam świat ale głównym zamierzeniem przy zakładaniu tego bloga jest przedstawienie wam wymyślonego przeze mnie opowiadania. Na pewno będzie wiele błędów i blog prawdopodobnie będzie porażką ale chcę mieć możliwość udostępnienia moich myśli dla ludzi, którzy tak naprawdę mnie nie znają czyli całej internetowej społeczności. Początki będą trudne ale z czasem nauczę się jak prowadzić bloga, no ale to przyjdzie z czasem. No ale tak wypadało by się przedstawić… :3 
 
Więc tak:
Moje imię to Angela ale będę podpisywać się tu jako Angele. Chodzę do technikum i mam sporo artystycznych zapędów, ale niestety żadnemu nie potrafię się oddać w pełni. Tym co od zawsze mi towarzyszy jest muzyka, zwierzęta i natura a najbliższe memu sercu są chyba mazurskie jeziora. To one przypominają mi czasy gdy byłam normalnym dzieckiem (jeśli można było to tak nazwać) i myśli jeszcze nie zatrute przez społeczeństwo.
 
Bajosz 
Angele
Zostaw komentarz więcej...

Szukasz czegoś?

Użyj poniższego formularza:

Nadal nie znalazłeś tego, czego szukasz? Zostaw komentarz w notce, lub skontaktuj się z nami a zajmiemy się tym.

Blogroll

Kilka bardzo polecanych stron...

    Archiwum

    Wpisy, chronologicznie...